W środę opisaliśmy historię Polki, która walczy o odzyskanie niespełna trzytygodniowej córeczki. Na początku sierpnia, kilkadziesiąt godzin po tym, gdy kobieta urodziła córkę, w szpitalu w Esslingen pojawili się przedstawiciele Jugendamtu, niemieckiego urzędu ds. dzieci i młodzieży. Dziecko zabrano, a matce zabroniono z nim spotkań.

 

Do przełomu doszło w czwartek. Prawdopodobnie także dzięki zainteresowaniu mediów i ingerencji polskiego ministerstwa sprawiedliwości.

 

"Tylko 1 proc. odebranych dzieci wraca do swoich rodziców"

 

- Kinderschutzbund, urząd, któremu Jugendamt teraz przekazał naszą sprawę, zgodził się, by żona zobaczyła dziecko. Proszę mi wierzyć, że córka od razu rozpoznała mamę - powiedział polsatnews.pl mąż Polki. Mężczyzna dodał, że urzędnicy na razie przystali na spotkania dwa razy w tygodniu. Zabronili jednak upubliczniać zdjęcia ze spotkań.

 

Choć kobiecie dzisiejsze spotkanie dało nadzieję na szybkie rozwiązanie sprawy i powrót córki pod jej opiekę, jak mówi Markus Matuschczyk z polsko-niemieckiej kancelarii adwokackiej "Matuschczyk", "statystycznie 1 proc. odebranych dzieci wraca do swoich rodziców".

 

Jego zdaniem, działania Jugendamtu polegające na tym, aby opiekunom odbierać kilkudniowe noworodki to jednak  „nowy trend”. Jak mówi, prawdopodobnie urzędnicy chcą, by do rodzin zastępczych trafiały jak najmłodsze dzieci, dzięki czemu proces ich adaptacji do nowych warunków i życia z obcymi ludźmi przebiegałby sprawniej.

 

Najpierw odbierają, później badają sprawę

 

Matuschczyk, który od lat zajmuje się podobnymi sprawami dodaje, że bywa, iż urzędnikom Jugendamtu wystarczy jeden donos od sąsiadów, np. że dziecko głośno płacze. W tej konkretnej sprawie jednym z powodów odebrania miała być informacja, że w mieszkaniu wówczas ciężarnej Polki, jest bałagan.

 

- Tymczasem mieszkanie było w trakcie remontu. Tyle, że remont nie może być podstawą do tego, by dokonać tak drastycznej ingerencji - mówi prawnik. I dodaje, że urząd działa tak: najpierw odbiera dziecko, potem bada sprawę. Zaś, jak zauważa, "system sądownictwa rodzinnego w Niemczech nie pozwala rodzicom na skuteczną ochronę swoich interesów".

 

Dlatego jego zdaniem tak ważna jest zlecona przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę ingerencja polskiego resortu. Bo rozwiązanie sprawy będzie możliwe tylko "politycznie".

 

Sebastian Kaleta, rzecznik ministerstwa sprawiedliwości w rozmowie z Polsat News powiedział, że na razie jedyne informacje, które do resortu dotarły z Niemiec mówią o tym, że "w czasie ciąży obywatelka Polski otrzymywała wsparcie socjalne". - Dla nas wyjaśnienie przesłane przez stronę niemiecką jest niewystarczające. Poprosiliśmy o dodatkowe wyjaśnienia - zaznaczył.

 

Specjalny zespół ministra Ziobry

 

Po tym, gdy historię odebranej matce Lenki opisała na Facebooku jej babcia, a internauci zaapelowali do ministerstwa sprawiedliwości o interwencję, to skierowało do swojego niemieckiego odpowiednika prośbę o pilne przeanalizowanie tej sprawy i wskazanie, na jakiej podstawie Jugendamt z miasta Kirchhiem unter Teck odebrał dziecko. Po stronie polskiej sprawę nadzoruje minister Michał Wójcik.

 

Z informacji przesłanych nam przez biuro prasowe ministerstwa wynika, że w ciągu roku resort odnotowuje "kilka" przypadków odebrania Polakom dzieci przez Jugendamt.

 

To w związku z jednym z nich, historią rodziny Kowalskich, rodziców którzy uprowadzili do Polski odebrane im przez Jugendamt dzieci, Ziobro zapowiedział w lutym powołanie specjalnego ministerialnego zespołu, który zajmowałby się podobnymi sprawami. Czy zespół działa i jak wyglądają jego prace - na te pytania ministerstwo sprawiedliwości jeszcze nam nie odpowiedziało.

 

Poinformowało za to, że "trwają prace nad projektem zmian przepisów regulujących transgraniczne porwania rodzicielskie" i resort zamierza "w dużo szerszym zakresie stosować instrumenty przewidziane w Konwencji Haskiej w celu ochrony interesów naszych obywateli".

 

 

Sprawa rodziny Kowalskich ostatecznie zakończyła się przed polskim sądem. Ten oddalił wniosek niemieckiego urzędu. Sąd stwierdził co prawda, że matka bezprawnie wywiozła dzieci, ale ponieważ od ponad roku żyją one w Polsce i tu jest ich "centrum życiowe", zarządzenie ich powrotu do Niemiec naraziłoby je na szkodę psychiczną.

 

"Biznes i dyskryminacja rodzin imigranckich"

 

Korespondent Polsat News w Berlinie, Tomasz Lejman, przyznał, że Jugendamty od lat wywołują wiele kontrowersji. W ich pracę w Niemczech się nie ingeruje, zaś urzędnicy suwerennie podejmują decyzje. Nawet jeśli błędne, nie wiąże się to z żadną odpowiedzialnością urzędnika.

 

 

- Sprawą Jugendamtów zajmują się liczne organizacje pozarządowe, które twierdzą, że to co się dzieje wokół tych instytucji, to czysta  dyskryminacja rodzin z korzeniami imigranckimi, i wielki biznes, bo wielokrotnie udało się udowodnić, że urzędnikom często zależy na tym, by dzieci z rodzin obcokrajowców zostały w Niemczech. Dla niemieckich gmin i powiatów więcej dzieci to więcej dotacji na szkoły, czy lokalną infrastrukturę - powiedział Lejman.

 

polsatnews.pl, Polsat News