Aneta i Jacek Kowalscy mieszkali w Niemczech przez kilka lat. W 2011 r. przeprowadzili się do innej dzielnicy Hanoweru. Wtedy pomoc asystenta rodziny w zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu zaproponował im Jugendamt.

 

Przez półtora roku asystent nie miał do Kowalskich żadnych zastrzeżeń. Ale jego częste odwiedziny stawały się dla rodziny coraz bardziej uciążliwe. W listopadzie 2013 roku, gdy kolejny raz przyszedł bez zapowiedzi, Jacek Kowalski wyprosił go z domu.

 

Początek dramatu

 

Asystent rodzinny wrócił po dwóch godzinach i zabrał Kowalskim dzieci. 14-letni wówczas syn trafił do oddalonego o 100 km ośrodka opiekuńczego, a 2-letnia Julia i 5-letnia Wiktoria do rodziny zastępczej. Rodzice podejrzewali, że córki padły tam ofiarą przemocy i molestowania.

 

Po raz pierwszy Kowalscy spotkali się ze swoimi dziećmi dopiero po trzech miesiącach.

 

- Mi zaczęły łzy lecieć, więc panie zakończyły spotkanie. Potem rok nie miałem widzeń z dziećmi – opowiadał Jacek Kowalski reporterem "Interwencji". Poniżej cały reportaż.

 

 

- Nie mówiłam, że chcę do rodziców, bo opiekunowie by się złościli. Ta starsza powiedziała, że jak pójdę do mamy, to ona mnie pokroi i gdzieś wsadzi – wspominała pobyt w rodzinie zastępczej 8-letnia Wiktoria.

 

- Podczas spotkań z dziećmi nie mogłam mówić o swoich uczuciach, przywoływać wspomnień, co razem robiłyśmy, zdjęć nie mogłam przynosić, bo to nie było zgodne z regułami narzuconymi nam przez Jugendamt. To był trudny okres dla mnie i dla dzieci – mówiła Aneta Kowalska.

 

Matka zauważyła, że dzieci są brudne, zaniedbane, mają zadrapania i siniaki. Nie mogła się jednak dowiedzieć, co się dzieje w rodzinie zastępczej, bo wszystkie spotkania odbywały się w języku niemieckim, w obecności osoby nadzorującej. W końcu, w styczniu 2015 roku, kobieta mogła spotkać się z dziećmi bez nadzoru.

 

Ucieczka

 

- Dzieci zapakowałam do samochodu i pojechałam w kierunku Polski. Podjęłam to ryzyko, bo wiedziałam, że drugiej szansy mogę nie mieć. W Niemczech dorabialiśmy się przez te lata, mieliśmy ładne mieszkanie, ale zostawiliśmy wszystko – wspominała Aneta Kowalska.

 

Kiedy Kowalscy przyjechali do Polski, zaprowadzili dzieci do psychologa. Ten stwierdził, że w rodzinie zastępczej mogło dochodzić do znęcania i molestowania.

 

- Ten pan mnie za gardło dusił i Julkę. I słyszałam takie dziwne odgłosy tam, gdzie pani i pan spali razem.(…) Julka, jak było jej zimno, to nie mogła iść do domu, tylko musiała biegać, tak powiedział pan – opowiadała Wiktoria ekipie "Interwencji".

 

Zostaną w Polsce

 

Od czasu wywiezienia dzieci do Polski Jugendamt domagał się wydania ich z powrotem do Niemiec. Dziś Sąd Rejonowy w Bytomiu oddalił wniosek niemieckiego urzędu. Sąd stwierdził, że matka bezprawnie wywiozła dzieci, ale ponieważ od ponad roku żyją one w Polsce i tu jest ich "centrum życiowe", zarządzenie ich powrotu do Niemiec naraziłoby je na szkodę psychiczną.

 

Po ogłoszeniu decyzji sądu matka i obecny na sali jej najstarszy syn objęli się i płakali.

 

"Nie zamierzam wracać do Niemiec"

 

- Ulga, radość, szczęście… To jest to, o co walczyłam i miałam nadzieję, że tu znajdę sprawiedliwość i tak się stało. Nie muszę się martwić o ich przyszłość - powiedziała dziennikarzom matka dzieci pani Aneta.

 

- Mieszkamy w Bytomiu, pracuję w Bytomiu, dzieci chodzą tu do szkoły, nasz nowy dom. Nie zamierzam wracać do Niemiec. Tam twój dom, gdzie serce twoje, a moje serce jest teraz tutaj - dodała, pytana o dalsze plany życiowe.

 

Gabriel powiedział, że cieszy się z decyzji sądu. - Denerwowałem się, obawiałem się, że nas mogą znowu Niemcy zabrać - wyznał. Jak mówił, w Polsce żyje mu się dobrze. - Dobre jest to, że jesteśmy razem - wyjaśnił.

 

Dokumenty - z wyjątkiem niemieckiego - pozytywne dla rodziców

 

Odebranie dzieci Jugendamt uzasadniał sytuacją życiową rodziny i chorobą alkoholową rodziców, a w przypadku Wiktorii podejrzeniem, że jest bita. Pełnomocnik rodziny Markus Matuschczyk oświadczył podczas poprzedniej rozprawy, że przeczą temu opinie lekarskie po badaniach przeprowadzonych jeszcze w Niemczech. Wykluczyły one jakiekolwiek uzależnienia, czy choroby przewlekłe rodziców. Rodzice stanowczo zaprzeczają też, by sami zgodzili się na oddanie dzieci w pieczę zastępczą. Według nich, prawdziwym powodem pozbawiania praw rodzicielskich był konflikt z asystentem z Jugendamtu, który zbytnio ingerował w ich życie.

 

Podczas poprzedniej rozprawy sędzia Katarzyna Janik przedstawiła również protokoły z przesłuchania dzieci w obecności psychologa, opinię sądowo-psychologiczną, dokumenty ze szkoły i przedszkola, do których uczęszczają dzieci, a także informację z policji i z wywiadu środowiskowego.

 

Wszystkie te dokumenty - z wyjątkiem niemieckiego - są pozytywne dla rodziców. Wynika z nich, że dzieci są bardzo przywiązane do mamy i taty, są zadbane, rozwijają się prawidłowo; w Polsce czują się bezpiecznie, a powrót do Niemiec byłby dla nich przeżyciem traumatycznym. W rodzinie nie odnotowano kłótni czy nadużywana alkoholu.

 

Śledztwo ws. molestowania w rodzinie zastępczej

 

Śledztwo w sprawie molestowania dziewczynek, po doniesieniu rodziców, prowadzi bytomska prokuratura, która przed kilkoma miesiącami informowała, że wyczerpała już źródła dowodowe dostępne w Polsce. Jak mówił pełnomocnik rodziny, teraz trzeba przesłuchać podejrzanych i świadków mieszkających w Niemczech, co zostanie prawdopodobnie przeprowadzone w ramach pomocy prawnej.

 

Jugendamty powstały w latach 20. XX wieku jako instytucja opiekująca się trudną młodzieżą, zdeprawowaną w wyniku wojny. Po dojściu do władzy w 1933 roku naziści włączyli sieć tych placówek do swojego systemu wychowawczego. Obecnie działalność urzędów do spraw młodzieży znajduje się w gestii niemieckich krajów związkowych (landów). W przypadkach zaniedbania dzieci przez opiekunów lub znęcania się nad nimi, nierzadko Jugendamty krytykowane są za opieszałość i brak zdecydowania; z drugiej strony zarzuca się im ingerowanie w życie rodzin i naruszanie prywatności.

 

Interwencja, Wydarzenia, PAP, fot: PAP/Jacek Bednarczyk