Komisja Nadzoru to główne ciało śledcze niższej izby Kongresu. Jej rzeczniczka powiedziała, że służby komisji badają teraz otrzymane z FBI materiały, które są opatrzone klauzulą tajności, i na razie żadne informacje na ten temat nie będą udzielane.

 

Wcześniej CNN informowała, że w dokumentach znajduje się wyjaśnienie, dlaczego FBI w wyniku śledztwa nie zdecydowała się zalecić postawienia Clinton zarzutów w związku z korzystaniem z prywatnego serwera do celów służbowych, choć uznano to za "skrajne niedbalstwo". Według stacji, wśród dokumentów są m.in. notatki sporządzone przez agentów FBI z rozmowy z Hillary Clinton.

 

110 tajnych wiadomości

 

Clinton jest teraz kandydatką Demokratów w wyborach do Białego Domu. Republikanie, którzy wystawili Donalda Trumpa, domagają się ujawnienia notatek FBI, domniemując, że Clinton udzielała w rozmowie nieprzekonujących odpowiedzi ws. swojego konta mailowego clintonemail.com. Afera wokół maili Clinton jest jednym z głównych wątków kampanii wyborczej Trumpa.

 

Śledztwo FBI wykazało, że przez prywatną skrzynkę mailową Clinton przeszło co najmniej 110 wiadomości o statusie "tajne" i teoretycznie mogły mieć do nich dostęp osoby nieuprawnione. Ale - zdaniem FBI - nie ma żadnego dowodu na to, że Clinton albo jej współpracownicy zamierzali złamać prawo, tak samo jak nie ma dowodu, że hakerzy włamali się na jej konto.

 

"Nie złamałam prawa"

 

FBI prowadziła przez rok dochodzenie, czy używanie przez Clinton prywatnej skrzynki i serwera do celów służbowych w czasie, gdy była sekretarzem stanu (2009-2013), naraziło na szwank bezpieczeństwo narodowe. Clinton przyznała w kampanii, że to co robiła było błędem, i przeprosiła, ale powiedziała, że nigdy nie wysłała ani nie otrzymała na prywatny adres maili oznaczonych jako tajne lub poufne. Podkreślała też, że nie złamała prawa.

 

Opublikowany w maju niezależny wewnętrzny audyt Departamentu Stanu USA wykazał jednak, że Clinton naruszyła zasady, używając w celach służbowych prywatnego serwera umieszczonego w piwnicy jej nowojorskiego domu, gdy była szefową dyplomacji.

 

Z ogłoszonego raportu inspektora generalnego Departamentu Stanu wynikało, że zrobiła to wbrew zaleceniom obowiązującym rząd federalny. Napisano też, że nigdy nie ubiegała się o zgodę na to ze strony służb odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo amerykańskiej administracji, a gdyby się ubiegała, to nie dostałaby pozwolenia, ponieważ maile na tym serwerze nie były odpowiednio zabezpieczone przed ingerencją z zewnątrz.

 

PAP