Historia niedżwiadka zaczęła się na początku kwietnia, gdy wyziębionego, błąkającego się w pobliżu drogi do Komańczy, znaleźli go leśnicy z Cisnej. Dwumiesięczne wychudzone zwierzę było w takim stanie, że nie poradziłoby sobie bez pomocy ludzi.

 

Zaopiekowali się nim pracownicy Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu. Weterynarze wzmocnili zwierzę, podając mu zastępcze mleko i pokarm.


Po kilkunastu dniach Cisna przybrała na wadze, stała się dużo bardziej aktywna i przestała łaknąć kontaktu z ludźmi, tak, jak było na początku. Postanowiono, że niedźwiadek trafi do ogrodu zoologicznego w Poznaniu, który stworzył dla Cisnej komfortowe, bo symulujące leśne, warunki.

 

Tęskniła za innymi


Wkrótce jednak okazało się, że nawet najlepsze warunki nie rozwiążą największego problemu, z jakim musiał uporać się osierocony niedźwiadek - samotnością. Tęsknota za innymi zwierzętami sprawiała, że niedźwiadek zaczął gryźć sobie łapy.


"Po konsultacjach podjęliśmy decyzję o próbie stowarzyszenia Jej Misiowatości z innym bardzo misiowo wyglądającym... Baribalem. Bari nie jest jednak niedźwiedziem - to 5-cio miesięczny potężny mastiff tybetański. Doświadczenia z innych ogrodów pokazują, że to dobra droga, żeby zaspokoić sierocą potrzebę bliskości" - napisali na swoim facebookowym profilu opiekunowie Cisnej. 

 

 

Dlaczego wybrano mastiffa tybetańskiego? "Ponieważ potrzeba było specjalnego psiaka, z grubym podszerstkiem, rosnącego po niedźwiedziemu, nie mogliśmy tym razem dać domu potrzebującemu go bezpańskiemu psu. Musieliśmy być pewni jego zdrowia, pochodzenia i kondycji. Psa zakupili dla Cisnej jej wielcy fani, Państwo Płonkowie, właściciele poznańskiego kantoru, którzy też specjalnym wsparciem finansowym objęli niedźwiadka" - wyjaśnili opiekunowie niedźwiedzicy.

 

 

 

polsatnews.pl