Drzycimski, który pełnił funkcję rzecznika prasowego Wałęsy w czasie, gdy ten był przewodniczącym NSZZ "S” oraz gdy został prezydentem, zastrzegł, że "ze względów moralnych" nie chce komentować tej informacji.

 

- Współpracowałem z Lechem Wałęsą, był moim pracodawcą (…). Mam takie staroświeckie poglądy, że tam, gdzie pracuję i odchodzę, zamykam ten rozdział, szanując drugiego człowieka - powiedział Drzycimski.

 

Jak dodał, ważne jest dla niego coś innego. - My w tej chwili dokonujemy oceny człowieka poprzez materiały kata. Jestem historykiem, który zna materiały UB-eckie, akurat nie te związane z Wałęsą, bo tych nie chciałem nigdy dotykać - wyjaśnił.

 

"Czarno-biały obraz, a wtedy było tyle szarości"

 

- Abstrahując od tego, czy to potwierdzi się, czy nie (autentyczność znalezionych dokumentów - red.), dajemy wiarygodność ogromną, niepodważalną, materiałom, które powstały w jakichś tam okolicznościach, natomiast człowieka, który został tym dramatycznie skrzywdzony, czy zniszczony, czy złamany, traktujemy jako tego, którego musimy osądzić - powiedział Drzycimski.

 

Zaapelował, aby nie osądzać tych, którzy to robili. - To jest coś niewiarygodnego w sensie takiego moralnego stosunku do człowieka. Zajmujemy się li tylko kwestią "podpisał czy nie podpisał", natomiast w jaki sposób do tego doszło, co było przyczyną, w jaki sposób to dokonało się, to w ogóle nie istnieje dla nas. Mamy czarno-biały obraz, a wtedy było tyle szarości - ocenił.


Dodał, że w grudniu 1970 roku on sam wiele widział i "głęboko tkwił w tym, co się działo w Gdańsku".

 

"Nie wiem, co bym zrobił w podobnej sytuacji"

 

- Gdybym się znalazł w sytuacji podobnej, nie wiem, co bym zrobił. Wówczas nie było takiej świadomości, jaką mieliśmy pod koniec lat 70., że coś można było zrobić, albo czegoś nie zrobić - powiedział Drzycimski, dodając, że dziś na wydarzenia z lat 70. czy 80. patrzymy przez pryzmat dnia dzisiejszego. - Tak nam nie wolno. Jako historyk ja przeciwko temu protestuję. To jest ahistoryczne spojrzenie - dodał.

 

Zaznaczył, że jego refleksje nie dotyczą bezpośrednio sprawy Lecha Wałęsy, ale generalnie tej kwestii. - Tu chodzi o coś większego - powiedział Drzycimski.

 

Podkreślił, że "absolutnie nie podważa wiarygodności materiałów znajdujących się w IPN". - Ale to nie jest jedyne źródło do poznania tamtej sytuacji, tamtego czasu. To jest tylko jedno ze źródeł: bardzo specyficzne źródło tworzone przez oprawców - podkreślił Drzycimski.

 

"Rewolucji dokonują żywi ludzie"

 

Dodał, że sytuacja, która dotknęła Wałęsę, jest jednym z wielu przykładów na to, że "rewolucji i przemian nie dokonują aniołowie”.

 

- Dokonują ich ludzie krwiści, ze wszystkimi swoimi wielkościami i małościami. Gdyby nie byli krwiści, to by nic nie zrobili. Kim był Piłsudski, kim był Lenin, kim był Kościuszko? (…) Podkreślając różne rzeczy, które każdy z tych ludzi miał (na sumieniu - red.), nie wolno zapomnieć, że są to ludzie, którzy są twarzą przemian, twarzą rewolucji. Nie możemy zapomnieć o ich znaczeniu - powiedział Drzycimski.

 

Szef IPN Łukasz Kamiński poinformował w czwartek, że w dokumentach zabezpieczonych w środę w domu gen. Czesława Kiszczaka znajdują się m.in. teczka personalna i teczka pracy TW "Bolek" oraz odręcznie napisane zobowiązanie do współpracy, podpisane: Lech Wałęsa "Bolek". Powiedział, że dokumenty znajdujące się w obu teczkach obejmują lata 1970-1976, a według opinii uczestniczącego w badaniu dokumentów eksperta archiwisty są one autentyczne.


PAP