"Może udaje?". Lekarze nie rozpoznali wyrostka, dramat 8-latka

Polska

Fabian trafił do szpitala z bólem brzucha, wymiotował. Lekarka odesłała go do domu, nie rozpoznając rozlanego wyrostka. Gdy stan chłopca się pogorszył, przyjęto go do szpitala, ale właściwą diagnozę postawiono dopiero w innej placówce - wiele godzin później. Okazało się, że w organizm 8-latka wdała się już sepsa. Dziś chłopiec wymaga całodobowej opieki. Materiał "Interwencji".

Kobieta pochyla się nad chłopcem leżącym na kanapie, podając mu coś do ust.
Interwencja
Matka Katarzyna Grylak przy swoim synu Fabianie

Dramat 8-letniego Fabiana z Rawicza. W lipcu ubiegłego roku chłopczyka przez cały dzień bolał brzuch, a gdy w nocy sytuacja się pogorszyła, rodzice pojechali na izbę przyjęć miejscowego szpitala powiatowego.

 

- W nocy przyszedł z bólem brzucha, wymiotował, pojechaliśmy koło godziny 4:00 do szpitala. Tam pani doktor powiedziała, że dziecku nic nie jest, dala mu nospę. Syn zwymiotował, to dała jeszcze zastrzyk przeciwwymiotny – relacjonuje matka Katarzyna Grylak.

 

- Nie było żadnych badań, naciskała go na brzuch, patykiem w gardło i tyle. Pojechaliśmy do domu – komentuje ojciec Marcin Grylak.

Rawicz. Lekarka nie rozpoznała rozlanego wyrostka u 8-latniego Fabiana

Rodzice Fabiana twierdzą, że po powrocie do domu ból i wymioty narastały. Pojawiła się biegunka i temperatura. Kilkanaście godzin później ponownie wraz z synem wrócili do szpitala. Przyjęła ich ta sama lekarka.

 

- Siedziałam w poczekalni przed izbą przyjęć, wyszła lekarka i konsultowała przez telefon. Twierdziła, że brzuch jest miękki, że nic nie widzi, co może niepokoić. Byłam pewna, że zaraz zrobi USG, ale nie. Uzgodnili, żeby zostawić go w szpitalu. Fabian wymiotował, oddawał samowolnie kał – opisuje Ewa Trzybulska, ciocia chłopca.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Mieszkanie wypełnił śmieciami. Sam śpi w aucie

 

Dziecku wykonano rentgen i pobrano krew na drugi dzień.

 

- Przyjął go pan doktor i stwierdził, że może udaje, bo raz go boli z lewej, raz z prawej. Zrobił rentgen i skierowano go do Gostynia, gdzie mieści się szpital chirurgii dziecięcej – mówi Katarzyna Grylak.

 

- Problem może dotyczyć cięcia kosztów, lekarze nie chcą dokonywać dodatkowych badań. 8-letni Fabian mógł mieć zwykły szybki zabieg laparoskopowy zszycia wyrostka, niestety tak się nie stało i dziecko jest inwalidą – komentuje Dominik Skoczek, który pomaga rodzinie.

Chłopiec trafił do szpitala w Gostyninie. Walka o życie dziecka

Fabian został przewieziony do Gostynia karetką. W drugim szpitalu był już tak słaby, że nie był wstanie pójść na badania o własnych siłach. Ultrasonograf do przeprowadzenia badań USG przewieziono na salę. Wówczas okazało się, że problemem jest wyrostek robaczkowy, który pękł i się rozlał. Zdecydowano o natychmiastowej operacji.

 

- Po operacji lekarz powiedział, że jak trzydzieści lat pracuje, to nie widział takiego wyrostka, że jest masakra, że wyrostek jest zgnity i teraz najważniejszy jest organizm. Świat mi się zawalił – opowiada Katarzyna Grylak.

 

- Mówił, że najbliższe 24 godziny są decydujące i nie wiadomo, czy syn przeżyje – wspomina Marcin Grylak.

 

- Pamiętam, że miałem operację, bałem się, że mogę umrzeć, wymiotowałem, mama płakała – wspomina Fabian.

 

Rodzice mówią, że dziecko było w stanie krytycznym. Lekarze przekazali im, że musi trafić pod opiekę specjalistów, a w Gostyniu nie ma OIOM-u.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Oferuje meble i znika z zaliczkami. Tropem stolarza Pawła P.

 

- Pojechał więc do Ostrowa, rozwijała się sepsa, syn cierpiał, doszło do niedrożności jelit. W kolejnym szpitalu doktor podjął decyzję o kolejnej operacji, która uratowała mu życie. Trzy dni był w śpiączce – tłumaczą.

 

Ośmiolatek cudem przeżył. Przez miesiąc dochodził do zdrowia na szpitalnym oddziale. 

 

- Syn miał worek stomowy, ma dużą bliznę na brzuchu, przez pół roku nie chodził do szkoły. Do tej pory ma bóle brzucha. Dostał orzeczenie o niepełnosprawności, wymaga całodobowej opieki – opowiada pani Katarzyna.

 

Rodzice zarzucają szpitalowi w Rawiczu złą diagnostykę, która mogła zakończyć się tragicznie. Powiadomili miejscową prokuraturę i Izbę Lekarską w Poznaniu.

"Po analizie materiałów w sprawie uważam, że absolutnie zlekceważono pacjenta"

- Nie słyszałem, żeby w dzisiejszych czasach nie móc rozpoznać wyrostka. Po analizie materiałów w sprawie uważam, że absolutnie zlekceważono pacjenta, nie zastosowano standardowych procedur. Mamy do czynienia z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Zabrakło empatii, profesjonalizmu, zastosowania procedur medycznych – komentuje Aleksander Bolko, prawnik specjalizujący się w błędach medycznych.

 

Razem z rodzicami Fabiana ekipa "Interwencji" udała się do szpitala w Rawiczu złożyć oficjalną skargę. Przyjmuje nas dyrektor ds. medycznych Tomasz Zawada.

 

Reporter: Tu był problem z diagnozą, USG to jest podstawowe badanie.

 

Dyrektor: Diagnostyka ostrych schorzeń jamy brzusznej to nie jest prosta sprawa. Ma pan rację, pewnie można było zrobić USG. Ale muszę zobaczyć, co jest w dokumentacji i z czego to wynikało, my nie jesteśmy szpitalem ratunkowym, tu jest izba przyjęć.

 

- Najbardziej mnie bulwersuje, że ci rodzice byli tam, zgłaszali wszelkie symptomy, a mimo to lekarka twierdziła, że dziecku nic nie jest. Nawet w wypisie napisała o braku dolegliwości wzdętego brzucha. To, co również bulwersuje, to stwierdzili, że to są zakwasy i kazano te zakwasy rozchodzić. Dziecko z rozlanym wyrostkiem musiało chodzić, to potęgowało ból – mówi Dominik Skoczek, który pomaga rodzinie.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Milionowe długi prezesa. Pracowników zostawił z niczym

 

- Miałam przykład na swoim synu. Trafiliśmy do szpitala w Rawiczu z krwią w kale. Wykryli salmonellę. Po tygodniu wróciliśmy do domu i wróciła gorączka. Pojechałam do pediatry, dał skierowanie do szpitala, więc zmieniliśmy placówkę. We Wrocławiu stwierdzono, że dziecko było niedoleczone, dopiero tam wyzdrowiał – opowiada Ewa Trzybulska, ciocia Fabiana.

 

Do czasu emisji rodzice nie otrzymali odpowiedzi ze strony lecznicy. Okazuje się, że państwo Grylakowie mieli też problemy z tym samym szpitalem dwa lata wcześniej, kiedy zawieźli tam chorego młodszego synka - Tymona. Miał problemy z oddychaniem, był senny. W szpitalu stwierdzono zapalenie płuc.

 

- Zaczęli go leczyć na zapalenie płuc, ale nagle stan się pogorszył. Dostał gorączki. Miał ataki bólu. Po dwóch dniach doktor wpadł na salę i powiedział, że płyn jest w płucach. Przetransportowano go do Poznania. Tam doktor potwierdził płyn i martwicę płuca – mówi Katarzyna Grylak.

 

- Nie odpuścimy, będziemy walczyć, żeby nie było takich przypadków i żeby bardziej przykładali się do pracy – dodaje Marcin Grylak.

 

Materiał wideo możesz obejrzeć TUTAJ

 

Widziałeś coś ważnego? Przyślij zdjęcie, film lub napisz, co się stało. Skorzystaj z naszej Wrzutni

ap / polsatnews.pl / Interwencja
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie