"Interwencja": Dramatyczny bój o dziecko. Siedmiolatka siłą odebrana matce

Polska
"Interwencja": Dramatyczny bój o dziecko. Siedmiolatka siłą odebrana matce
Interwencja/ arch. prywatne
Dziś pani Monika nie ma kontaktu z dzieckiem

39-letnia pani Monika w jednej chwili najprawdopodobniej już na zawsze straciła kontakt z dzieckiem. Gdy stały na przystanku w Warszawie, siedmiolatkę wciągnięto siłą do samochodu. Okazało się, że wszystko zaplanował ojciec dziecka i wyjechał z nim do USA. - Boję się, że nie zobaczę więcej córki, boję się o jej psychikę, zdrowie. Marzę, żeby ją przytulić, usłyszeć - mówi pani Monika.

1 maja tego roku 39-letnia pani Monika nie zapomni nigdy. Na jednym z warszawskich przystanków autobusowych swoją siedmioletnią córkę kobieta widziała po raz ostatni.

 

- Dla mnie jest to wstrząsające, niepojęte, karygodne zachowanie. To był bandycki napad, córka została siłą wsadzona do samochodu, po raz ostatni ją wtedy widziałam. Nie miałam możliwości pożegnania się - wspomina.

Wyjechała do Stanów, wyszła za mąż

Pani Monika wyjechała kilkanaście lat temu do Stanów Zjednoczonych. Tam w 2013 roku wyszła za mąż za mężczyznę, którego znała z lat dziecięcych. W małżeństwie wszystko układało się dobrze do roku 2015, kiedy to urodziła się córka.

 

- Mąż znęcał się nade mną psychicznie, wyzywał przy dziecku, nadużywał alkoholu, poniżał mnie. Zostało to zgłoszone nowojorskiej policji - mówi pani Monika i pokazuje pisma to potwierdzające.

 

Wideo na stronie "Interwencji".

 

Cztery lata temu kobieta wyjechała z dzieckiem do Polski. Tu założyła sprawę o rozwód. Jednocześnie to samo w Stanach zrobił jej mąż.

 

- Sądy amerykańskie działają bardzo szybko. Pierwsza złożyłam pozew rozwodowy z zabezpieczeniem, próbowałam poinformować tamtejszy sąd, że nie mam możliwości stawić się na sprawie choćby ze względów finansowych, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Stało się tak, że mąż zaocznie otrzymał pełną opiekę nad córką i pozbawił mnie praw rodzicielskich - opowiada pani Monika.

 

Trzy lata temu pani Monika w Stanach została pozbawiona władzy rodzicielskiej. Co więcej, przegrała również w polskim sądzie. Na mocy konwencji haskiej zdecydowano, że dziecko ma wrócić od ojca.

 

- Gdy wpłynął ze Stanów pozew rozwodowy, moją sprawę umorzyli. Składałam apelację od krzywdzącego dla mnie, a przede wszystkim dla córki wyroku, ale to też przegrałam. Moja sprawa została potraktowana bardzo powierzchownie, tu nie było zgłębiania się w dobro dziecka - ocenia pani Monika.

Sądy trzymają się konwencji haskiej

- W Polsce zdarza się odmawiać wydania dziecka za granicę, ale bardzo rzadko. Sądy trzymają się konwencji haskiej, bo ma to doprowadzić do stanu sprzed wyjazdu. A w 98 procentach nie ma możliwości, by tak się stało. Te matki po wyjeździe z kraju są pozbawione całego majątku, karane finansowo, mają wyroki pozbawienia wolości. Są pozbawione praw, dlatego nie ma możliwości do powrotu ze stanu sprzed wyjazdu - komentuje prawniczka Anna Siedlecka.

 

- Nie znam matki, która dobrowolnie oddałaby dziecko. Mój były mąż wiedział, że zajmuje się córką od zawsze, że jest bardzo zżyta ze mną. Sam mówił, że jestem dobrą matką. Jednak sąd nie wziął pod uwagę, że jak dziecko znajdzie się w Stanach, to ja nie będę miała z nim żadnego kontaktu - dodaje pani Monika.

Zabrał dziecko na przystanku

Przez cztery lata dziecko było przy matce, razem mieszkały w Warszawie. Do 1 maja tego roku. Do pani Moniki i jej córki na przystanku autobusowym nagle podjechał nieznany jej samochód. W ciągu kilku chwil kobieta została rozdzielona z dzieckiem.

 

- Stałyśmy z córka na przystanku, trzymałyśmy się za ręce i nagle jakiś mężczyzna złapał ją z tyłu, podniósł. Zaczęłam ją wyrywać, zauważyłam, że podjeżdża tutaj samochód i ten mężczyzna chciał siłą wsadzić moją córkę do tego samochodu. Młodzi ludzie, którzy byli na przystanku, jeden chłopiec zaczął odciągać tego mężczyznę, ale niestety się nie udało - opowiada 39-latka.

 

ZOBACZ: "Interwencja": Brutalny atak w windzie. Bił, aż pękła jej czaszka

 

Jak mówi, był to zupełnie dla niej obcy mężczyzna.

 

- Udało mi się wejść do samochodu, na przednie siedzenie pasażera, widziałam, że córka jest z tyłu przetrzymywana przez jakiegoś mężczyznę, po raz ostatni ją wtedy widziałam. Wyciągając do mnie rączki powiedziała "mamo" z ogromnym przerażeniem - wspomina.

 

Mężczyzna, który wyrwał dziecko nie zdążył wsiąść do samochodu. Szybko wezwano policję. Okazało się, że za całe zdarzenie odpowiada agencja detektywistyczna.

 

- Ucierpiało dobro mojej córki, naruszono jej cielesność i jej delikatną psychikę. Pod każdym względem było to bandyctwo – zaznacza pani Monika.

 

- Nikt nie ma prawa odebrać dziecka, również detektyw. Mimo, że przymusowy odbiór ma w sobie słowo "odbiór", to dziecka nie ma prawa dotknąć nikt. To naruszanie nietykalności dziecka. Nie ma prawa tego robić ani ojciec, ani kurator, ani policja. Naruszanie nietykalności jest przestępstwem i to jest karalne - podkreśla prawniczka Anna Siedlecka.

Nikt nie usłyszał zarzutów

Miesiąc po zdarzeniu nikt nie usłyszał zarzutów, a postępowanie toczy się w sprawie. Śledczy zapewniają, że ustalili tożsamość mężczyzn, którzy zabrali dziecko matce i "nie ma zagrożenia, że te osoby będą się ukrywały".

 

Próbowaliśmy porozmawiać z detektywem i ojcem dziecka. W odpowiedzi mailowej przekazał m.in.:

 

"Taka forma odzyskiwania dziecka na pewno nie jest idealna, ale też była jedyną możliwą, zważywszy, że matka izolowała dziecko przez przeszło dwa lata, a organy państwowe okazały się bezradne, gdy trzeba było a) ustalić miejsce pobytu dziecka, b) odebrać je zgodnie z wyrokiem."

 

Córka wyjechała z ojcem do Stanów. Dziś pani Monika nie ma kontaktu z dzieckiem i, jak twierdzi, wszystko wskazuje na to, że nigdy już go nie zobaczy. Chce walczyć, ale walka jest trudna, bo przez polski sąd została skazana za przetrzymywanie dziecka.

an/ml/"Interwencja"
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie