Historia poznańskiego nekrofila wstrząsnęła krajem. Był "zimnym chirurgiem PRL-u"

PolskaKarolina Olejak
Historia poznańskiego nekrofila wstrząsnęła krajem. Był "zimnym chirurgiem PRL-u"
Wizja lokalna Poznań, screen/ YouTube
Fotografia z wizji lokalnej

17 marca 1981 roku Edmund Kolanowski kolejny raz zabił. Na ciele kobiety znaleziono charakterystyczne rany, bo morderca wycinał swoim ofiarom narządy. Od tej pory kolejne elementy zagadki zaczęły układać się w całość. Wpadł, bo przy jednym z nagrobków znaleziono nietypowo małe odciski stóp.

Pierwszy raz zabił w październiku 1970 roku. Jego ofiarą była 21-letnia Kazimiera, którą poznał na dworcu PKP, skąd później wyruszył w kierunku Poznania. Z biegiem lat okazało się, że mordu dokonał w charakterystyczny dla siebie sposób, odcinając kobiecie piersi i narządy płciowe.

 

Części ciała zawinął w papier i przetransportował do swojego mieszkania. To prawdopodobnie wtedy przygotował pierwszy manekin, do którego przyszywał fragmenty ciał. Marionetka służyła mu do onanizowania się i zaspokajania potrzeb seksualnych.

 

ZOBACZ: Zbrodnia sprzed 27 lat. Oskarżony przyznał się do winy

 

W podobny sposób postępował ze zwłokami, które wykopywał ze świeżych nagrobków. Wszystkie kradzieże miały punkt wspólny. Ofiarami były kobiety, a sprofanowanym ciałom brakowało niewieścich atrybutów.

 

Kolejnej zbrodni Kolanowski dokonał na stołecznym Wawrze. Tym razem jego ofiarą padła 21-letnia Hania. Jej ciało również okaleczono w podobny sposób. Pierwsze morderstwa i kradzieże udało się ukryć, bo brakowało konkretnych poszlak doprowadzających do sprawcy brutalnych czynów.

 

Sprawę utrudniał fakt, że zbrodni dokonano w różnych częściach Polski, więc przypisanie ich jednej osobie nie było oczywistością. Milicja przez kilka lat szukała sprawców tych mordów i profanacji kobiecych zwłok.

 

Rodzinna tragedia

 

Pierwszy przełom w sprawie przyniósł poranek w lutym 1982 roku. W kaplicy cmentarnej w poznańskich Naramowicach zebrała się rodzina 69-letniej Katarzyny, by wziąć udział w jej ostatnim pożegnaniu. Po otwarciu trumny dokonano szokującego odkrycia. Brakowało w niej ciała nieboszczki. Dzień wcześniej rodzina widziała ją ubraną i przygotowaną do ostatniej drogi.

 

Rozpoczęły się poszukiwania, które trwały niemal tydzień. Ciało znaleziono na łące nieopodal cmentarza, rozebrane i poranione w charakterystyczny sposób. Jednak wciąż brakowało dowodów na to, że profanacja ciała ma coś wspólnego z morderstwem w Warszawie, a tym bardziej tym dokonanym ponad 10 lat wcześniej we wsi nieopodal Poznania.

 

Przełomowe odkrycie

 

Kolanowski z kolejną zbrodnią nie czekał długo. Pół roku później do poznańskiej milicji trafiło zgłoszenie o zaginięciu dziecka - 11-letniej dziewczynki, która po szkole wyruszyła na swoim rowerze na pobliską łąkę i nie wróciła aż do późnego wieczora.

 

Rozpoczęły się poszukiwania, którymi żyło całe miasto. Kilkudziesięciu milicjantów przeszukiwało parki, skwery i łąki. Sprawdzono również okoliczne zbiorniki wodne. Rodzice wysyłali apele w lokalnych mediach z prośbą o jakiekolwiek informacje o ich dziecku. Niestety bezskutecznie.

 

Ciało dziewczynki znaleziono w połowie grudnia 1982 roku na kolejowym nasypie. Rany znalezione na jej zwłokach nie pozostawiało złudzeń, że zbrodni musiała dokonać ta sama osoba, która sprofanowała ciało nieboszczki kilka miesięcy wcześniej.

 

ZOBACZ: Miał 13 lat, gdy odnalazł pierwsze ciało. "Szukając dziecka, boję się mniej"

 

Sprawa nabrała tempa, bo tej zbrodni nie można było zlekceważyć. Szokujące traktowanie zwłok i kradzieże na okolicznych cmentarzach pozwalały zakładać, że sprawca jest zapewne zaburzony psychicznie, a profanacji dokonuje na tle seksualnym. Nie było jednak pewności czy zdobyłby się na morderstwo.

 

Sprawa kilkulatki nie pozostawiała już żadnych złudzeń. W Poznaniu grasował wybitnie groźny i nieobliczalny morderca.

 

Wszystkie służby do akcji

 

Na nogi postawiono całe zastępy milicji. Urządzano zasadzki na cmentarzach. Uważano, że nekrofil w końcu się złamie i pojawi na jednym z nich. Tak też się stało.

 

W nocy z 6 na 7 maja 1983 roku policjanci patrolujący poznański cmentarz zauważyli zapaloną świeczkę. Ruszyli w jego kierunku. Mężczyzna drobnej budowy szybko ich zauważył i zbiegł. Na miejscu pozostawił jednak ślady.

 

Odciski niewielkiego rozmiaru stóp i kawałek papieru z pieczątką "Pollena Łaskarzew", fabryki z długą tradycją. Tam rozpoczęto poszukiwania.

 

Te poszlaki pomogły w szybkim dotarciu do Kolanowskiego. 16 maja 1983 roku nekrofil został aresztowany.

Jak człowiek zostaje mordercą?

Kolanowski pochodził z rodziny, w której przemoc nie była niczym nadzwyczajnym. Jego ojciec był więźniem Auschwitz i nie radził sobie z powrotem do rzeczywistości. Pił i maltretował rodzinę.

 

Mały Edmund nie dostał wsparcia również od matki, która pogrążona w żałobie po śmierci jego starszego brata obwiniała rodzeństwo za jego odejście. Traktowała go pogardliwie i z nienawiścią, dając mu do zrozumienia, że jego życie nie jest dla niej istotne. Zabierała go na cmentarz i tam opłakiwała swojego ukochanego synka.

 

Problemy Kolanowskiego rozpoczęły się już w szkole podstawowej. Niekochany i przestraszony własną sytuacją chłopiec coraz bardziej nie radził sobie z nauką. Trzykrotnie nie zdał z klasy do klasy już na pierwszym etapie nauki.

 

ZOBACZ: Przełom ws. brutalnego morderstwa sprzed 20 lat. Zatrzymany w chwili zbrodni miał 15 lat

 

Pogłębiające się problemy wychowawcze i edukacyjne sprawiły, że chłopiec trafił do szpitala psychiatrycznego. Pobyt tam miał pomóc mu w socjalizacji i radzeniu sobie w grupie. Stało się przeciwnie. W towarzystwie innych chłopców znalazł sobie nietypową rozrywkę: odwiedzali kostnice i tam, obserwując nagie ciała kobiet, rozwijali swoją seksualność.

 

Frustracja, problemy w relacjach z rówieśnikami i rodzicami doprowadziły go najpierw do kilku napaści na przypadkowe kobiety, a później prób samobójczych.

 

W 1970 roku Kolanowski zawarł związek małżeński z Zofią, salową pracującą w miejskim szpitalu. Zamieszkali razem w niewielkim mieszkanku w sąsiedztwie dwóch starszych kobiet. To przyniosło w życiu przyszłego zbrodniarza trochę spokoju. Jednak gdy jedna z sąsiadek zmarła, Edmund przypomniał sobie o swoich dziecięcych fascynacjach zwłokami.

 

Przyznał się do winy, a później odwołał zeznania

 

Po aresztowaniu w mieszkaniu Kolanowskiego znaleziono nadpalone resztki ciał. Pochodziły z odkopanych ciał zamordowanych kobiet. W toku śledztwa nekrofil stopniowo przyznawał się do kolejnych zbrodni.

 

Wycięte części ciała przyszywane do "lalki", z którymi dokonywał aktów seksualnych, następnie palił w domowym piecu. Ostatecznie Kolanowski przyznał się również do profanacji ciał na poznańskim cmentarzu i zabójstwa zarówno 11-letniej dziewczynki, jak i 21-latki.

 

Zeznania odwołał dopiero w trakcie procesu. Jednak sędzia wydający wyrok w jego sprawy nie miał wątpliwości. 4 czerwca 1985 roku zapadł wyrok skazujący Edmunda Kolanowskiego na karę śmierci. Wyrok wykonano, 28 lipca jako ostatnią o tym rygorze.

Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie