Gastronomia stanęła nad przepaścią. Restauratorzy walczą o przetrwanie - "Raport"

Polska
Gastronomia stanęła nad przepaścią. Restauratorzy walczą o przetrwanie - "Raport"
Polsat News
Koronawirus nie wybiera. Połączył nawet polityków z różnych stron barykady

Jedne już się zamknęły, inne walczą o przetrwanie, a część z nich, by przetrwać balansuje na granicy prawa. Restauracje, kawiarnie, bary. Właściciele lokali gastronomicznych pokazali nam, co dla nich oznacza lockdown. Reportaż Pauliny Rutkowskiej w programie "Raport". Od poniedziałku do piątku o 20:50 na antenie Polsat News.

W związku z największym kryzysem w historii restauratorzy walczą o przetrwanie. Obiad w restauracji czy randka w kawiarni - o tym dziś można tylko pomarzyć. Ale branża gastronomiczna walczy dziś wyłącznie o to, by przetrwać. Kolejne biznesy upadają, a tysiące ludzi tracą pracę. I wciąż nie wiedzą, kiedy sytuacja wróci do normy. Swoją desperację wyrażają coraz głośniej. Jedne lokale działalność zawiesiły, ale inne działają na granicy prawa. 

 

"Straciłem kawałek siebie"

 

Bogdan Gałązka dziś gotuje we własnej kuchni, ale przez 13 lat był tutaj gościem. Cały czas i uwagę poświęcał restauracji na Zamku w Malborku, której był współwłaścicielem oraz szefem kuchni. - Tak naprawdę restauracja w Malborku była całym moim życiem. To było wszystko, co ja zbudowałem i co stworzyłem - mówi reporterce "Raportu".

 

Podobnie jak wiele lokali gastronomicznych w całym kraju restauracja została zamknięta w związku z lockdownem spowodowanym pandemią koronawirusa. Decyzja o zakończeniu działalności zapadła szybko. - Mój biznes był w dużej mierze oparty o gościu zagranicznym, 80 proc. naszych gości, którzy przyjeżdżali zwiedzać zamek, to byli goście zagraniczni, więc jak przestały latać samoloty, to i przestali przyjeżdżać goście - powiedział przedsiębiorca.

 

Jak twierdzi wraz z utratą wszystkiego, stracił kawałek siebie. - Dostałem depresji, chodziłem na terapię. Był taki moment, że ja niczego innego nie robiłem tylko płakałem. W tym całym zagubieniu pojawił się też alkohol i było go po prostu za dużo. Sam się złapałem w pewnym momencie, że to do niczego nie prowadzi, że muszę się z tym ogarnąć - powiedział restaurator. Jak twierdzi, teraz nastał czas na zostawienie za sobą wszystkiego i zrobienie kroku do przodu. Sił dodaje mu też fakt, że udało mu się pomóc wszystkim pracownikom w znalezieniu nowej pracy.

 

O swoich pracowników chce też zadbać prowadzący od 20 lat lokal pan Jacek z Lublina. To właśnie dlatego zdecydował się sprzedać swój dom. - Większość z tych pracowników, pracuje u nas przez wiele lat. My nie możemy im z dnia na dzień tak jak rząd zamknął restauracje powiedzieć, że dziękujemy, już nie pracujecie tutaj. Chociaż jest powiedzenie, że nie ma ludzi niezastąpionych, to jednak są takie osoby - mówi Jacek Abramowski.

 

Dla pracowników pana Jacka wiadomość o sprzedaży domu była szokiem. - Kto by wolał sprzedać dom, żeby utrzymać restaurację, żeby utrzymać pracowników, żebyśmy mieli chociaż te wypłaty - Alona Charłampowicz, menedżerka restauracji ma łzy w oczach.

 

ZOBACZ: Restaurator z Lublina, Jacek Abramowski sprzedaje dom, by utrzymać restaurację

 

- Skąd biorę siłę? Przychodząc do restauracji patrzę w oczy pracownikom i słyszę, co mówią. Wiem, że chcą pracować, wiem, że im też zależy, żeby restauracja istniała - powiedział restaurator, który wypłaca pensje 30 osobom, kilkanaście tysięcy pochłania czynsz i prąd, a kilka tysięcy woda i gaz.

 

Anna Bocheńska, właścicielka restauracji w Warszawie prowadzi nowy lokal, jeszcze spłaca kredyt. Jej lokal nie miał szans na odpracowanie inwestycji początkowych. - Nie możemy szybko przerzucić się na dowozy, ponieważ nie jesteśmy kojarzeni z kotletem, pizzą czy hamburgerem. Jesteśmy miejscem na okazje specjalne - zaręczyny, randkę, rocznicę - mówi restauratorka.

 

Pani Anna nie ukrywa, że stres związany z prowadzeniem restauracji w tym trudnym dla gastronomii roku, przypłaciła własnym zdrowiem: - Myślę, że jak większość osób zarządzających gastronomią, przerobiłam różne fazy emocjonalne i chwile załamania nerwowego, gdzie ratowałam się usługami psychiatry. Ja jestem po trzech udarach ze względu na stres - powiedziała restauratorka.

 

By zminimalizować straty i zadbać o pieniądze na najpilniejsze wydatki restauracja zaczęła przygotowywać dietetyczny catering, dania świąteczne i nie tylko. To jednak pozwoli pokryć jedynie ułamek strat. - Pomoc od rządu jest niezbędna. Jeżeli pomoc z rządu natychmiast nie przyjdzie, to ja nie wiem, jak my to przetrwamy. Nas po prostu mogą stąd wymeldować właściciele tego obiektu - mówi właścicielka restauracji.

 

Restauracje mają otrzymać pomoc w ramach podpisanej w tym tygodniu przez prezydenta ustawy - tzw. tarczy 6.0. Chodzi o takie rozwiązania jak postojowe, zwolnienia ze składek ZUS, dotacje oraz dofinansowanie miejsc pracy. Przygotowywana jest także tarcza w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju. Zakłada ona dopłaty do kosztów stałych restauratorów oraz dostęp do kredytów na specjalnych warunkach.

 

Dla restauratorów, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji kluczowe jest jednak to kiedy pomoc do nich dotrze. - Mam nadzieję, że nastąpi to jeszcze w tym roku. Mamy jeszcze dwa tygodnie tego roku. Od momentu pojawienia się ustawy w dziennikau ustaw te środki będą przekazywane do poszczególnych branż. Gastronomia jest tu również honorowana - powiedziała Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

 

Posiłek w lokalu mimo obostrzeń

 

Lokale gastronomiczne zostały ponownie zamknięte 24 października. Reporterzy raportu sprawdzili, czy rzeczywiście w niektórych restauracjach, pomimo obostrzeń, można zjeść posiłek. Reporterzy dowiedzieli się, że jeden z barów z kuchnią amerykańską organizuje różnego rodzaju warsztaty gastronomiczne i barmańskie. Po zapisaniu się, klienci mogą zjeść na miejscu posiłek, jakby zamknięcie lokali nie obowiązywało.

 

Między gośćmi jest co najmniej pięć metrów odległości, obsługa nosi maseczki, stoliki są dezynfekowane.

- Jakoś to się chyba trochę zrobiło popularne. Nie tylko u nas w restauracji są takie warsztaty, że można sobie przyjść na warsztaty i coś zjeść - mówi pracownik obsługi lokalu. - To jest legalne wszystko. Nie ma żadnych kontroli. Rząd zostawił furtkę związaną z warsztatami dla wszystkich - dodaje.

W mieście położonym około 250 kilometrów od Warszawy w restauracji można zarezerwować miejsce do pracy. Jednak obecny na sali gość nie pracuje. Na obiad czeka się około 20-25 minut. Także tutaj odległości między stolikami są duże, a po opuszczeniu lokalu przez klientkę stolik jest natychmiast dezynfekowany.

 

ZOBACZ: Restauracje, siłownie, teatry. Jaka jest decyzja rządu?

 

W opinii eksperta trudno określić, czy to, co zaobserwowali reporterzy "Raportu", to działanie zgodne z prawem, czy wykraczanie poza przepisy. - Najlepiej byłoby powiedzieć tak lub nie, ale tego nie można zrobić. Każdą taką sytuację należy oceniać indywidualnie i takiej oceny dokona najpierw urzędnik, później może dokonać jej sąd. Bo te sytuacje mogą być naprawdę różne, pomysłowość obywateli może być zaskakująca i to trzeba pod tym kątem rozpatrywać - mówi Lech Dobrogoszcz, radca prawny.

- Walczymy do końca wierząc, że przetrwamy. Jest potrzebna jakaś dalsza perspektywa i wizja tego, że to, co robimy ma sens i odniesiemy sukces - mówi restauratorka z Warszawy.

 

- Jeśli ten owoc wydaje się z tej perspektywy lekko kwaskowaty, to myślę, że on w kwietniowym, majowym słońcu dojrzeje i będzie słodki. I, że wszyscy z tego wejdziemy w nowe, inne, ale też chciałbym, żebyśmy my z tego wszystkiego wyszli lepsi - mówi z kolei Bogdan Gałązka.

 

Reportaż Pauliny Rutkowskiej o walce restauratorów z koronawirusem

  

bas/hlk/ polsatnews.pl
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie