Zamieszki po marszu narodowców we Wrocławiu. Rodzice 4-latka z zarzutami

Polska
Zamieszki po marszu narodowców we Wrocławiu. Rodzice 4-latka z zarzutami
PAP/Aleksander Koźmiński
Jednym z organizatorów zgromadzenia był były ksiądz Jacek Międlar.

Mężczyzna, który trzymał 4-letnie dziecko na rękach tuż przed kordonem policji w czasie zamieszek po rozwiązaniu marszu środowisk narodowych 11 listopada, odpowie za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. Zarzuty usłyszała też matka chłopca.

Podczas marszu zorganizowanego przez środowiska narodowe z okazji Święta Niepodległości, policjanci zatrzymali łącznie 14 osób. W środę do Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia Śródmieścia doprowadzono 11 osób zatrzymanych. Wszystkie usłyszały zarzuty "występku o charakterze chuligańskim i czynnego udziału w zbiegowisku mimo wiedzy, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osoby lub mienie". Oprócz tego, jeden z zatrzymanych usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza.

 

- Są to osoby wieku od 18 do 64 lat. Zastosowano wobec nich środki zapobiegawcze o charakterze wolnościowym, a w tym dozór policji oraz poręczenie majątkowe – przekazała w środę rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu prok. Justyna Pilarczyk. Pozostali zatrzymani to dwie 17-latki, które odpowiedzą za znieważanie interweniujących funkcjonariuszy i mężczyzna, który odpowie za wykroczenie.

 

"Nie zważał na zagrożenie" 

 

Rzecznik wrocławskiej policji asp. szt. Łukasz Dutkowiak poinformował w piątek, że po analizie nagrań z kamer operatorów będących na miejscu zdarzenia, policjanci zatrzymali kolejne dwie osoby. Byli to rodzice 4-letniego chłopca, którzy brali czynny udział w zgromadzeniu, pomimo jego rozwiązania.

 

- Mężczyzna dodatkowo trzymał na rękach syna, nie zważając na zagrożenie jakie powoduje swoim zachowaniem – powiedział rzecznik.

 

ZOBACZ TEŻ: Tęcza, gwiazda Dawida i półksiężyc na polskiej fladze na trasie Marszu Niepodległości. "Profanacja"

 

Rodzice dziecka usłyszeli zarzuty "czynnego udziału w zbiegowisku pomimo wiedzy, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osoby i mienie". Mężczyzna odpowie też za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

 

Rzecznik dodał, że o zdarzeniu został również powiadomiony wrocławski sąd rodzinny, który teraz zajmie się sprawą.

 

"Żeby Polska była Polską"

 

Zgromadzenie, którego jednym z organizatorów był były ksiądz Jacek Międlar, w tym roku przebiegało pod hasłem "Żeby Polska była Polską". Uczestnicy marszu wyruszyli z Wyspy Słodowej. Mieli przejść ulicą Dubois, mostem Sikorskiego do pl. Jana Pawła II i następnie do pl. Solidarności.

 

Gdy uczestnicy manifestacji przeszli ok. 200 metrów i weszli na skrzyżowanie ulic Dubois i Pomorskiej, urzędnicy wrocławskiego magistratu podjęli decyzję o rozwiązaniu zgromadzenia. Bartłomiej Ciążyński, doradca Prezydenta Wrocławia ds. Tolerancji i Przeciwdziałania Ksenofobii, powiedział dziennikarzom, że marsz został rozwiązany z powodu wznoszonych antysemickich haseł oraz użycia materiałów pirotechnicznych.

 

ZOBACZ TEŻ: Skuteczni wygrali prawomocnie z Konfederacją. Chodzi o wizerunek Liroya

 

Po rozwiązaniu marszu policja zaapelowała do jego uczestników o rozejście się. Z tłumu manifestantów w stronę policjantów rzucano petardy oraz puste butelki. Po około 20 minutach policja użyła armatek wodnych, a następnie kordon funkcjonariuszy zepchnął manifestantów w stronę ul. Pomorskiej. Policja użyła też gazu łzawiącego.

 

W trakcie zabezpieczenia manifestacji poszkodowanych zostało trzech policjantów oraz dwie inne osoby.

zdr/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze