Samochodowy "biznes" Sławomira K. Reportaż "Interwencji"

Polska

Sławomir K. ze Świdnicy od lat zajmował się handlem i sprowadzaniem aut z zagranicy. Państwo Zientarowie mówią, że oszukał ich na ponad 50 tys. zł. Szanse na ich odzyskanie są niewielkie. Pierwszeństwo do pieniędzy ma Skarb Państwa, bo mężczyzna nie odprowadzał podatku od działalności. Jego były pracownik twierdzi, że w tym celu zakładał firmy na tzw. słupy. Straty państwa mogą sięgać milionów.

Jarosław Zientara mieszka z żoną pod Warszawą. W 2017 roku małżeństwo zdecydowało się na wymianę samochodu na nowszy. W tym celu skontaktowali się ze Sławomirem K. ze Świdnicy, który zajmował się sprowadzaniem aut z Zachodu. W przeszłości para już kilka razy korzystała z jego usług.

 

Zwodził. "Cały czas odwlekanie"

 

- Spodobało się BMW 1, 2013 rok, biała, na "fullu". Cena to było chyba 50 tys. zł z transportem pod dom. Zdecydowaliśmy się. On stwierdził, że ma 24 tys. zł w tej chwili i 26 tys. zł brakuje, żeby mu przelać zaliczkę, bo ktoś tam się kręci koło tego auta. Tego samego dnia przelaliśmy mu 26 tysięcy. On dał potwierdzenie, że otrzymał te pieniądze - opowiada Jarosław Zientara reporterom "Interwencji".

 

- Minął maj, czerwiec, lipiec, sierpień, cały czas nas zwodził. Cały czas coś nie tak, cały czas odwlekanie. Pod koniec września postanowiliśmy z mężem, że raz na zawsze trzeba załatwić tę sprawę i pojechaliśmy do Świdnicy - dodaje Anna Marjańska-Zientara.

 

Małżeństwo zażądało bmw, zwrotu pieniędzy lub innego auta w rozliczeniu. - Po długich namysłach stwierdził, że ma Volkswagena Amaroka do spółki z kolegą i że trzeba mu wyłożyć 30 tys. zł na stół - relacjonuje Jarosław Zientara.

 

Pieniądze zostały przekazane wspomnianemu koledze, bo jak się później okazało Sławomir K. miał u niego dług. Samochód był natomiast zabezpieczeniem pożyczki, o czym państwo Zientarowie nie wiedzieli. Po przekazaniu pieniędzy, odjechali samochodem mając kserokopię dokumentów.

 

Kradzione auto, wyłudzone w Belgii

 

- Nie widzieliśmy w tym w sumie nic podejrzanego, bo często tak robił, że dokumenty dochodziły po jakimś czasie. Jak auto przyjeżdża na lawecie, to najpierw przyjeżdża samochód, później dokumenty, żeby z samochodem razem nie jechały, bo kierowca takiej lawety mógłby sobie samochód wziąć z dokumentami. Potem, po jakimś czasie, zapukała do nas policja, że samochód jest kradziony, wyłudzony na terenie Belgii - opowiada Anna Marjańska-Zientara.

 

- Tutejsza prokuratura na przestrzeni ostatnich 10 lat prowadziła przeciwko temu panu osiem postępowań. Jeśli chodzi o czyny, to one dotyczą przestępstw przeciwko mieniu. Pan Sławomir K. faktycznie zajmował się działalnością polegającą na sprowadzaniu samochodów z zagranicy, ale ta działalność nie była sformalizowana. Skarb Państwa został uszczuplony na kwotę 714 tysięcy złotych - informuje "Interwencję" Marek Rusin z Prokuratury Rejonowej w Świdnicy.

 

Do tego dochodzą straty osób prywatnych, według Zientarów trudne do odzyskania. - On nie ma żadnego majątku. Ma rozdzielność majątkową z żoną i w żadnym postępowaniu komorniczym nie można z niego tych pieniędzy ściągnąć - mówi pan Jarosław.

 

Według prokuratury, Sławomir K. miał sprowadzać samochody, ale nie figurował w umowach jako faktyczny sprzedający. Zarzuty dotyczyły 120 takich transakcji. Mężczyzna dostał wyrok w zawieszeniu i jest na wolności.

 

"Słupy" dłużnikami Skarbu Państwa

 

"Interwencji" udało się porozmawiać z jego byłym współpracownikiem, który jeździł po auta do Belgii. Według niego, liczba podawana przez prokuraturę jest mocno zaniżona. Co więcej, samochody miały być sprzedawane bez opodatkowania.

 

- My mieliśmy płacone od kursu 300 czy 400 złotych. Trzeba było wsiąść w samochód w komisie i przyjechać do Polski, po prostu. I takie kursy się zdarzały po 3-4 razy w tygodniu. Jak jakiś VW Passat kosztował 10 tys. euro, to on płacił cenę netto, minus tam chyba 21 procent podatku. Czyli 2100 euro zostawało mu w kieszeni. Czyli był konkurencyjny, bo miał te 2100 euro - opowiada były współpracownik Sławomira K.

 

Proceder miał polegać na rejestrowaniu firm z europejskim numerem identyfikacji podatkowej na tzw. słupy. Europejski NIP pozwalał kupować auta za granicą w cenie netto. Podatek powinien być opłacony w Polsce, ale tak się nie działo. Osoby, które na papierze były właścicielami firm, są teraz dłużnikami Skarbu Państwa, a kwoty sięgają milionów złotych.

 

Miliony złotych zaległego VAT

 

- Po dwóch latach przyszła do mnie kontrola z Urzędu Skarbowego z Wrocławia. Okazało się, że on działał w międzyczasie na moją firmę. No i jeszcze na firmy paru innych osób, o czym my nie wiedzieliśmy. Ja mam coś koło miliona zł zaległego podatku VAT - przyznaje były współpracownik Sławomira K.

 

Próbowaliśmy porozmawiać ze Sławomirem K, ale nie zastaliśmy go pod żadnym ze znanych adresów. Jego bliskim przekazaliśmy prośbę o kontakt, ale pozostała bez odpowiedzi.

 

Do naszej redakcji zgłaszają się kolejne poszkodowane osoby. Rekordzista ma zapłacić zaległego VAT-u ponad 3 miliony złotych, więc i straty Skarbu Państwa mogą być już liczone w milionach.

hlk/ "Interwencja"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze