"Islandia to moja zimna eks". O kraju wiatru, wodospadów i antydepresantów

Polska
"Islandia to moja zimna eks". O kraju wiatru, wodospadów i antydepresantów
Arthventures
Glacier Lagoon-Jökulsárlón

Kraj, w którym wiatr powoduje kilkugodzinny paraliż na lotnisku. Gdzie antydepresanty dostępne są na wyciągnięcie ręki. Gdzie dzień zimą trwa cztery godziny. Gdzie, aby uniknąć randek z krewnymi, stworzono specjalną aplikację. Gdzie mieszkał i podróżował Artur Wojtyra. W rozmowie z polsatnews.pl zdradził, dlaczego Islandia stała się "jego zimną eks".

Co myślałeś o Islandii przed przyjazdem i jak te wyobrażenia miały się do rzeczywistości?

 

Zabrzmi to pewnie trochę nieprawdopodobnie, patrząc na to, jak modna jest teraz Islandia, ale kiedy na początku 2017 roku tam wylatywałem, nie miałem wyobrażeń ani oczekiwań. Widziałem jedynie kilka zdjęć czy wideo. Wiedziałem, że to mały kraj. Czasami to najlepsze rozwiązanie, bo to właśnie zbyt duże wyobrażenia potrafią sprawić, że absolutnie nie odnajdziemy się w rzeczywistości, która będzie skrajnie inna.

 

Tak było w przypadku Islandii?

 

Jedzie się do Krainy Ognia i Lodu, a człowiek jest najbardziej zaskoczony brakiem drzew i potężnym wiatrem wywiewającym z niego wszelkie emocje. Czasem ludzie po wylądowaniu siedzą kilka godzin w samolocie, gdyż nie można otworzyć drzwi ze względu na silny wiatr. Sprawia on też, że wodospady nie spadają - jest kilka wideo w sieci. Widać, jak woda po prostu unosi się w powietrze... Ten wiatr wyrywa też drzwi z samochodów, dając wypożyczalniom dobry zarobek. Tak, wiatr to na pewno żywioł, o którym mało się mówi, a który szokuje na Islandii. Dodajmy do tego życie poza stolicą. Masz wrażenie, jakbyś mieszkała w wiosce. Drugie co do wielkości miasto Kópavogur ma tylko około 36 tysięcy mieszkańców, reszta jest dużo mniejsza. Każdy o każdym wszystko wie, sporo osób się zna lub zna kogoś, kto ciebie zna. Nie ma anonimowości znanej z dużych miast.

 

Przypadek sprawił jednak, że wylądowałeś na lotnisku w Keflaviku.

 

Po czteromiesięcznym podróżowaniu po Azji wróciłem na chwilę do Anglii. Po 8 miesiącach przyleciałem do Polski, bo tą Anglią byłem już zmęczony (wyjechałem tam na studia i mieszkałem tam 7 lat). Usiadłem, wpisałem w wyszukiwarce "praca za granicą". Jedną z ciekawszych opcji na pierwszej stronie była Islandia i praca na lotnisku. 6 tygodni później byłem na miejscu.

 

 

Co w ludziach i codziennych zwyczajach zaskoczyło cię najbardziej?

 

Chyba luźne podejście do wielu codziennych spraw. Na kontrakt w firmie czekałem jakieś trzy miesiące. Kiedy pytałem o to managera, mówił: "Artur, nic się nie martw, pracuję tu osiem lat a na piśmie taki poważny kontrakt dostałem dopiero po trzech".

 

To podejście przekłada się na różne dziedziny życia?

 

Zdecydowanie. Żyje się na pewno wolniej, ale nie zawsze wynika to z dobrobytu, a raczej z racji odległości. Na Islandii nic nie stanie się nagle, bo prawie nie ma takiej możliwości. Najlepiej obrazują to wypadki. Pomoc medyczna jest udzielana głównie helikopterami, bo odległości od miast są duże. Podobnie z zakupami - na Islandię sporą część produktów trzeba importować, więc nie zawsze wszystko dostaniemy od ręki. Miejscowi działają już w tych trybach od lat. Dla człowieka z szybkiego, zachodniego świata może to być czasami irytujące, a na pewno szokujące.

 

Czułeś się "swój"?

 

Myślę, że człowiek, który wyjechał, nigdy w stu procentach nie poczuje się "swój", gdziekolwiek by nie był. Mieszkałem kilka lat w Anglii, ostatnio ponad dwa lata na Islandii i to uczucie, że jestem gościem, będzie zawsze, mniej lub bardziej, odczuwalne. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy, jak duży wpływ na całe nasze życie ma dzieciństwo. Dorastamy w określonej kulturze, z określonymi zwyczajami, mentalnością. Z biegiem czasu, poznając świat, ewoluujemy i zmieniamy się, ale te korzenie zawsze w nas będą. Dziś świat jest tak zróżnicowany kulturowo i historycznie, że nigdzie nie wejdziemy na sto procent. Można się czuć gdzieś świetnie, odnaleźć miejsce na ziemi po drugiej stronie świata, ale chyba nigdy człowiek nie powie, że gdzieś czuje się jak "swój".

 

Artur Wojtyra

Islandczycy powitali cię z otwartymi ramionami?

 

Wiadomo, to północny kraj, ludzie są dużo bardziej zdystansowani, ale życzliwi, otwarci na turystów, nowych ludzi. Jednocześnie towarzyszy im duma z własnego pochodzenia i języka. Szczycą się tym, że islandzki jest najczystszym z tych nordyckich języków, ma najmniej naleciałości. Nie ma tu tej przebojowości, jaką znamy chociażby z rejonów południowej Europy, ale jednocześnie nie wyczuwa się sztucznych barier. Jak wspomniałem, wszyscy żyją wolniej, znajomości też są zawierane bez pośpiechu czy oczekiwań. Wpływa na to także zagęszczenie zaludnienia, w tym wypadku bardzo małe. 339 tysięcy ludzi zamieszkuje 103 tys km2. Takie małe społeczności mają zawsze dużo bardziej zwartą strukturę, ale w przypadku Islandii nie ma poczucia wykluczenia. Panują tutaj spora tolerancja i bezpieczeństwo.

 

 

Ze względu na małe zaludnienie wprowadzono pewne ułatwienie dla poszukujących drugiej połowy.

 

Stworzono aplikację sprawdzającą pokrewieństwo między lokalnymi, gdyż na randce mogliśmy wylądować z własną kuzynką. Dodatkową trudnością jest brak nazwisk. Drugie człony tworzone są od imion rodziców. Jest się czyjąś córką - dottir albo synem - son.

 

Islandia, przynajmniej na chwilę, stała się twoją zimną eks…

 

Tak (śmiech). W prelekcjach nazywałem ją swoją byłą, ale, jak wiemy, nie każde rozstanie jest ostateczne. Myślę, że na Islandię wrócę najpewniej na wiosnę 2020 roku. Teraz do wyjazdu zmusiły mnie okoliczności. W marcu tego roku upadła druga co do wielkości islandzka linia WOW air. Z dnia na dzień 1400 osób straciło pracę, a kolejnych kilkaset etatów było zredukowanych w następnych tygodniach. Upadek takiego przewoźnika sprawił, że ruch lotniczy na Islandii spadł o prawie 20 procent. Odbiło się to na sektorze turystycznym. WOW air był głównym klientem naszej firmy i nas też dotknęły redukcje. Byłem w sporym gronie osób, których kontrakty zostały zakończone.

 

Upadek WOW air odbił się na całym kraju.

 

Tutaj redukcja 1400 etatów, a mówi się nawet o 4000, finalnie sumując różne branże, ma duży wpływ na kraj zamieszkały przez 339 tys. ludzi. Mówi się, że ta zima będzie jedną z najtrudniejszych w ostatnich latach właśnie pod względem zarobków i pracy. Dlatego, zamiast zimować na Islandii, ruszam do Azji na kilka miesięcy. W planach mam Nepal, Indie, Birmę.

 

Zimy bywają trudne nie tylko dlatego. Sporo Islandczyków boryka się z depresją.

 

Niestety, tak. Bez problemu można dostać od lekarza antydepresanty. Krótki dzień (lub czasem jego brak w pochmurne dni) i wietrzna, często sztormowa, zimna pogoda, potrafią być sporym wyzwaniem. Islandia od lat przoduje w rankingach konsumpcji tego typu środków. Na życie na takiej wyspie poza sezonem, a już na pewno poza Reykjavikiem, trzeba mieć mocny charakter i poukładane w głowie. Długa noc potrafi mocno "przytulić się" do człowieka.

 

Mimo wszystko, "twoja eks" jest coraz popularniejszym kierunkiem. Co warto wiedzieć przed podróżą?

 

Na pewno trzeba uważać na samochód. Lepiej dokupić ubezpieczenie od zniszczeń w wypożyczalni. Jak wspomniałem wcześniej, wiatr i warunki na drogach są surowe, pogoda często zmienia się diametralnie w ciągu kilku godzin. O mniejsze lub większe zniszczenia łatwo, a sporo wypożyczalni głównie na tym zarabia. Warto sprawdzać regularnie stronę road.is - najważniejszą podczas wycieczek po Islandii. Pokazuje na bieżąco, które drogi są zamknięte, a na które wjechać można tylko samochodami terenowymi. Do tego oferuje podgląd z kilkudziesięciu kamer, które zainstalowane są na tych drogach. Uważnie sprawdzajmy pogodę. Temperatura odczuwalna często różni się o kilka stopni od tej na termometrach. Linie lotnicze kuszą tanimi biletami, ale wyjazd późną jesienią lub zimą to duża loteria. Krótki dzień, w zimie tylko 4-godzinny w połączeniu ze sztormową aurą, nie pomagają w zwiedzaniu tego pięknego kraju.

 

 

Podróżujesz w różne miejsca na świecie. A w sieci działasz jako Arthventures.

 

Zaczęło się to przy pierwszym wyjeździe. Z założenia miał to być taki dziennik podróży. Romantycznie rzucałem wtedy pracę w korpo, sprzedawałem wszystko i z plecakiem leciałem na drugi koniec świata. Część znajomych była ciekawa, co z tego wyjdzie. Nie chciałem, będąc już tam na miejscu, tracić czasu na opowiadanie tych samych rzeczy każdemu z osobna. Tak powstało Arthventures. Teraz działam na nieco większą skalę. Dzielę się tam przemyśleniami, relacjami z podróży i typowego życia gdzieś poza domem, poza krajem. Staram się trochę walczyć z romantycznym wizerunkiem podróżnika. Nie chcę, by ktokolwiek źle mnie odebrał. Podróże są świetne, uczą, otwierają umysł, ale myślę, że ważny jest balans. Bycie podróżnikiem w większym wydaniu to mocno samotny sport, który miejscami więcej zabiera, niż daje, ale łatwo to ukryć pod ładnymi zdjęciami czy kolejnymi pamiątkami. Ważne, aby mieć zawsze gdzie i do kogo wracać. Najgorzej, jak człowiek stanie się zbyt niezależny, pozrywa wszystkie "kotwice". Wtedy zdajesz sobie sprawę, że tylko ty nadajesz sens temu, co robisz. Nie masz wymówki pod tytułem: rodzina, znajomi, dziewczyna. Wszystko zależy od ciebie. Ten ciężar nie jest dla każdego.

Aleksandra Cieślik/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze