Amerykański generał dla PN: Trump bardzo lubi Polskę i docenia to, przez co przeszła

Świat

- Podpisana kilka dni temu deklaracja o współpracy wojskowej między Polską a Stanami Zjednoczonymi pokazuje, że amerykański prezydent docenia Polaków - powiedział w specjalnym wywiadzie dla amerykańskiej korespondentki Polsat News były szef personelu Białego Domu i bliski współpracownik Donalda Trumpa, generał John Kelly, który na początku października będzie specjalnym gościem Kongresu 590.

Korespondentka Polsat News Magda Sakowska: na początek chciałabym spytać o deklarację, którą podpisali prezydenci o wysłaniu dodatkowych amerykańskich żołnierzy do Polski. Dlaczego Pana zdaniem prezydent Trump podjął tę decyzję?

Generał John Kelly: myślę, że punktem wyjścia jest tutaj fakt, że prezydent Trump bardzo lubi Polskę, docenia to, przez co Polska jako kraj przeszła, począwszy od drugiej wojny światowej, poprzez czas Sowietów, aż do dzisiaj, gdy jest od tego wszystkiego wolna. Prezydent jest bardzo pozytywnie nastawiony do Polski i do Polaków. Wojskowo toczy się wokół odstraszania i tak też widzi to prezydent, wokół zapobiegania konfliktom i Polska jest absolutnie teraz na pierwszej linii NATO. I szczerze myślę, że prezydent uważa, że Polacy i polski rząd po prostu docenią obecność amerykańskich żołnierzy, podczas gdy inne europejskie kraje od dekad uznają to za coś oczywistego, danego raz na zawsze.

 

Co dla zdolności obronnych Polski oznacza większa obecność amerykańskiego wojska?

 

- Tutaj bardziej chodzi o odstraszanie, bo ja nie twierdzę, że Rosjanie szykują się do inwazji, ale zawsze lepiej zapobiegać jakimś potencjalnym konfliktom i nie ma lepszego sposobu, by przekonać świat, że Ameryka jest przywiązana do jakiegoś regionu albo kraju, niż zgoda na stacjonowanie naszego wojska w tym kraju. Nie wysyłamy naszych żołnierzy do miejsc nieistotnych, nie wysyłamy wojska do miejsc, które nie są bardzo istne dla stabilności regionu czy świata w ogóle. I to jest taka wiadomość, że jesteśmy tak blisko Polaków, że podejmujemy to ryzyko, zapobiegania konfliktowi i podejmujemy to ryzyko, że życie naszych ludzi może być zagrożone.

Dodatkowi żołnierze, którzy mają przyjechać do Polski będą, jak powiedział prezydent, przesunięci z innego europejskiego kraju? Wie Pan z jakiego, z Niemiec?

 

- Mamy naprawdę dużo, oczywiście mniej niż podczas zimnej wojny, ale wciąż dużo żołnierzy w Europie, także w Niemczech. I podejrzewam, bo nie wiem tego na pewno, ale podejrzewam, że mogą zostać przysłani z tego regionu. Ale jest tego wszystkiego jeszcze jeden wymiar. Żołnierze, którzy stacjonowali w Niemczech i potem wracali do domu, mówili jak ta służba w Europie była dla nich ważna, jak zaprzyjaźnili się z Niemcami i że polubili ten kraj, i teraz, gdy kilka tysięcy żołnierzy będzie w Polsce, to będzie ten sam mechanizm. Żołnierze będą spotykać Polaków poza bazami, będą poznawać Polaków i to też jest budowanie więzi, przyjaźni pomiędzy narodami. O tym aspekcie tak dużo się nie mówi, bo to nie jest taka medialna sprawa, ale to także przybliży nasze kraje do siebie.

 

A jaką korzyść ze stacjonowania żołnierzy w Polsce ma Ameryka?

 

- Nie chodzi o korzyść dla Ameryki, ale o Europę i świat. To wiadomość, że Ameryka jest wciąż obecna w Europie. Wie Pani, że prezydent jest czasami bardzo krytyczny wobec NATO, szczególnie wobec tych państw, które nie wydają na obronność tyle, ile zobowiązały się wydawać, ale to wysłanie wojska, to dbanie o stabilność tej części świata.

 

Uważa Pan Rosję za zagrożenie?

 

- Myślę o Rosji jako o konkurencie. Doświadczenie życiowe pana Putina bierze się głównie z czasów, gdy istniał jeszcze Związek Radziecki. Oczywiście pozycja Rosji była wtedy w świecie inna, niż jest teraz. Myślę, że świat by się zgodził, przynajmniej większość świata by się zgodziła, na pewno Polska czy Niemcy Wschodnie czy kraje, które były za żelazną kurtyną, że dobrze się stało, że Związek Radziecki przestał istnieć. Prawda? I ta idea, że to były stare dobre czasy, dla wielu jest dziwna, bo ludzie za żelazną kurtyną cierpieli przez sowiecki reżim. Ale pan Putin, który chce by jego kraj był wielki, co akurat jest zrozumiałe, ale to nie może odbyć się ze szkodą dla innych państw, to nie może być dla nich ryzykowne. Rosji nie spostrzegam jako zagrożenia, ale konkurencję i gdybym miał Rosji dawać radę, to może najpierw niech rozwiąże problemy ekonomiczne i społeczne, a nie zagarnia to tu kawałek, to tam od swoich sąsiadów.

 

Jaka według pana jest pozycja Polski w NATO?

 

- Jest jednym z państw, które są przywiązane do zasady, że agresja na jedno państwo jest agresją na wszystkie, i miałem ten zaszczyt, niespodziewany zaszczyt, gdy byłem w Iraku po upadku Bagdadu i dowodziłem strefą Marines na południu i nagle pojawiło się kilka tysięcy polskich żołnierzy i ich dowódca, z którym się bardzo zaprzyjaźniłem.

 

Jak by Pan opisał tę współpracę z Polakami?

 

- Całe lato, aż do jesieni kiedy wyjechałem, miałem bardzo dobre relacje z polskimi żołnierzami. Bardzo dobra współpraca. Ale nie miałem nawet pojęcia, że ich tam spotkam. Ale przyjechali i służyli świetnie, rozumieli cel bycia w Iraku, w tym początkowym okresie, ale potem zostali tam kilka lat, ponieśli straty, polscy żołnierze ginęli. Bardzo dobrze wspominam Polaków.

 

I ostanie pytanie, nie wiem czy Pan to komentuje, ale co pan uważa o sprawie impeachmentu?

 

Nie komentuję. Ale powiem, że polityka w Waszyngtonie teraz to krwawy sport, nie wiem jak to zabrzmi po polsku...

 

Tłumaczenie będzie dosłowne

 

Chciałbym, żeby oni wszyscy zrobili krok do tyłu, zapomnieli trochę o polityce, to dotyczy też prezydenta i zastanowili się, czy to jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, czy to jest dobre dla ludzi i jeśli odpowiedź byłaby - nie jest dobre dla kraju, ale jest dobre dla polityki, to może trzeba to odpuścić. Nie znam szczegółów, nie jestem prawnikiem. Ale odróżniam to, co dobre, od tego, co złe. Musimy zobaczyć jak to się potoczy. Impeachment jest wpisany w naszą konstytucję. To jest cały proces. Najpierw Izba Reprezentantów decyduje, tutaj już zdaje się zdecydowała, że zajmie się impeachmentem i jeśli prezydenta uznają winnym, to sprawa trafia do Senatu, gdzie odbywa się proces. Do tej pory dwóch prezydentów przez to przeszło Clinton i Johnson w XIX wieku, ale żaden z nich ostatecznie nie stracił urzędu. Zobaczymy co będzie się działo, ale to jest niekorzystne dla kraju, bo wszyscy zajmują się tylko tym, a nie realnymi problemami, takimi jak zmiany klimatu, handel - tutaj sprawa z Chinami, musimy zając się sprawą Iranu, mamy różne sprawy też w Europie, a wszystko to będzie teraz bardzo trudno osiągnąć dopóki będzie sprawa impeachmentu. Ale  taki jest system i jako obywatel amerykański, będę się temu przyglądał i będę miał swoją prywatną opinię czy to sprawiedliwe czy nie.

 

A jak by Pan opisał czas, który Pan spędził w Białym Domu?

 

Służyłem w armii Stanów Zjednoczonych przez 45 lat. Pracowałem bardzo ciężko przez 45 lat. W Białym Domu byłem przez 18 miesięcy i muszę powiedzieć, że to była najcięższa praca, jaką miałem w swoim życiu, ale też najważniejsza. Przez te 18 miesięcy zadbałem o to, by prezydent miał zawsze pełen ogląd sytuacji, znał wszystkie za i przeciw, by mógł podjąć decyzję, którą my potem realizowaliśmy, ale to była najcięższa praca jaką miałem.

Magda Sakowska/dk/prz/ Polsat News, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze