Jego syn zmarł w nagrzanym aucie. Mężczyzna apeluje do rodziców: przestańcie się spieszyć

Świat

Organizacje pozarządowe i obywatele USA domagają się, by Kongres przyjął tzw. Hot Cars Act. Prawo nakazywałoby montowanie we wszystkich samochodach czujników włączających alarm, gdyby w zaparkowanym i zamkniętym aucie znajdował się pasażer. Takie rozwiązanie pomogłoby zapobiec tragedii w sytuacji, gdy opiekunowie zostawiają dzieci w nagrzanym pojeździe nawet na kilka godzin.

Reporterka Polsat News, Magdalena Sakowska, rozmawiała z Milesem Harrisonem, który nieumyślnie zostawił syna w rozgrzanym aucie na kilka godzin. Dziecko zmarło. W rozmowie opowiada o dramacie, który przeżyła jego rodzina ponad 10 lat temu.

 

Do zdarzenia doszło 8 lipca 2008 roku. Rodzice dopiero odnajdywali się w nowej roli, gdyż dziecko adoptowali zaledwie 6 tygodni wcześniej. Miles ustalił z żoną, że to on będzie odwozić chłopca do przedszkola. Placówka znajdowała się po drodze do pracy mężczyzny.

 

- Byłem rano strasznie zabiegany (…). Zapakowałem wszystko, co trzeba do samochodu, ciągle dzwonił do mnie telefon, miałem sporo obowiązków w pracy. Rozmawiałem, wsadziłem syna (Chase'a - red.) do auta. Wiedziałem też, że muszę oddać ubrania do pralni. W drodze do miasta pojechałem tam, wróciłem do samochodu i pojechałem prosto do pracy - opowiada.

 

Chase nie sprawiał kłopotów, siedział spokojnie na tylnym siedzeniu.

 

- Jak większość adoptowanych dzieci z innych krajów, potrzebował więcej czasu na dostosowanie się, więc był bardzo cicho, tak jakby spał. Nie robił hałasu - relacjonuje Miles.

 

"Hej, czy masz lalkę w samochodzie?"

 

Harrison był już po pracy. Siedział przy biurku, gdy jeden ze współpracowników stanął w drzwiach i zapytał: hej, czy masz lalkę w samochodzie?

 

Mężczyzna natychmiast wybiegł z biura. Gdy zbliżał się do auta, coraz wyraźniej widział kontur postaci siedzącej z tyłu.

 

- Wiedziałem, że to Chase, po prostu wiedziałem. Złapałem za klamkę, otworzyłem drzwi… On tam był. Całkowicie blady. Złapałem go, wyciągnąłem z fotelika. Biegłem i krzyczałem: Boże nie on, zabierz mnie, nie Chase'a - przypominał dramatyczne chwile Harrison.

 

Na miejscu szybko pojawiły się policja i pogotowie. Ratownicy starali się pomóc, ale chłopiec już nie żył.

 

- Pamiętam, jak siedziałem w karetce i był tam ratownik, trzymał mnie za rękę, starał pocieszyć. Zabrali mnie do szpitala, byłem jak sparaliżowany. Pielęgniarka spytała, czy chcę coś uspokajającego, przeciwbólowego. Odpowiedziałem, że "nie, bo nie zasługuję". Potem trafiłem na policję - mówi.

 

"Czy syn miał polisę na życie?"

 

Pierwszym pytaniem zadanym przez funkcjonariuszy miało być: czy syn miał polisę na życie? Miles przyznał, że zupełnie oniemiał, bo "oni sugerowali, że zrobiłem to celowo".

 

Mężczyzna trafił do szpitala z załamaniem nerwowym. Spędził w nim kilka tygodni. Gdy wyszedł, został aresztowany i oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci.

 

- Starałem się negocjować. Przyznałem, że zrobiłem straszną rzecz, ale nieumyślnie. To był wypadek. Zgodziłem się, że byłem winny potwornego zaniedbania. Prokurator nie chciał słuchać - relacjonuje.

 

Proces trwał 3 dni. Miles’a Harrisona uznano za niewinnego.

 

Korespondentka Polsat News w USA zapytała o przesłanie płynące do rodziców znajdujących się w takiej sytuacji.

 

- To może się przydarzyć każdemu. Nie mają znaczenia twój status społeczno-ekonomiczny, wykształcenie. Mają znaczenie: nowa sytuacja, niewyspanie, przepracowanie i to, co dzieje się w twoim mózgu, coś się wyłącza i nie możesz tego kontrolować. (…) Dlatego proszę, nie myśl, że to nie może się przydarzyć tobie, bo może - wyjaśnia mężczyzna.

 

Dodaje, że warto podjąć kroki minimalizujące zagrożenie.

 

"Bądź obecny tu i teraz"

 

- Po pierwsze, bądź pewny, że jesteś obecny tu i teraz, nie rozmawiaj przez telefon, gdy prowadzisz samochód, bo wtedy twoje myśli koncentrują się na tej rozmowie. Zwolnij, przestań się spieszyć - zaznacza.

 

Niektóre samochody w USA posiadają specjalny alarm, informujący o obecności pasażerów w aucie.

 

- W "Rear occupant alert" chodzi o monitorowanie obecności podróżnych na tylnych siedzeniach. Gdyby ta technologia była dostępna w 2008 roku, mój syn wciąż byłby tutaj z nami - dodaje Harrison.

 

Obecnie jego rodzina posiada samochód właśnie z takim alarmem.

 

- Córka wsiadła do jednego z nich, zamknęła drzwi. Staliśmy obok, ale, gdy sprzedawca mający kluczyki oddalił się na kilka kroków, włączył się bardzo głośny alarm. (…) Rozpłakałem się i kupiłem ten samochód od razu - wspomina.

 

"Myślę o tym każdego dnia"

 

- O 8 lipca 2008 roku myślę każdego ranka. Budzę się o 5:00 rano, nawet nie potrzebuję budzika. Na stoliku mam ziemię z grobu syna. Po przebudzeniu wkładam rękę do torebki z nią i "rozmawiam" z moim synem - powiedział Harrison.

 

Tylko w 2019 roku w USA odnotowano 30 przypadków, gdy rodzice zostawili dzieci w rozgrzanych autach.

ac/luq/ Polsat News, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze