Nie mogą wydostać się z posesji. Sąsiedzi zagrodzili im drogę

Polska

Państwo Podlasowie z Wilczej k. Gliwic nie mogą wyjechać ani wyjść z domu, bo sąsiedzi zagrodzili im drogę dojazdową do posesji, którą użytkowali od 40 lat. Teraz ani karetka, ani straż pożarna do nich nie dojedzie, a starsze, schorowane małżeństwo musi przeciskać się przez dziurę w płocie i korzystać z dobrej woli innych sąsiadów. Reportaż "Interwencji".

Dramat rodziny Podlasów z Wilczy koło Gliwic. 77-letni pan Waldemar i jego o rok młodsza żona nie mogą swobodnie wydostać się z własnej posesji. Ich najbliżsi sąsiedzi w grudniu zeszłego roku zagrodzili bramą i łańcuchami jedyną drogę, z której starsze małżeństwo korzystało przez ponad 40 lat. Teraz, aby wydostać się z domu, trzeba przeciskać się między ogrodzeniem a budynkiem z drugiej strony posesji.

 

- W okresie letnim, jako tako, bo brzuch się wciągnie, nosi się lekkie ubranie. Ale w zimie - ja się rozbieram, żona bierze skafander albo kurtkę przenosi, a ja się przeciskam przez dziurę - mówi pan Waldemar.

 

- Cały czas była jedna droga. Rodzice w 1974 roku jak zakupili działkę, mieli tam dojazd zapewniony. Na to są dokumenty geodezyjne - przekonuje pan Mirosław, syn państwa Podlasów.

 

Ojciec sąsiada, który odciął drogę: W żaden sposób nie uprzykrzamy.

Reporter "Interwencji": Tu była droga od 40-50 lat.

Ojciec sąsiada: Nie było tu drogi.

Reporter: Uważa pan, że to normalne stosunki międzysąsiedzkie?

Ojciec sąsiada: Oni powiedzieli, że są wyższa kastą, a my niższą.

 

"Moje serce nadaje się do wymiany"

 

Państwo Podlasowie pokazali notatkę policyjną. A w niej funkcjonariusze potwierdzają na podstawie map, że wjazd do domu prowadził po zagrodzonej obecnie drodze. Problemów jest więcej. Pan Waldemar od ponad 7 miesięcy nie ma możliwości wyjechania samochodem spod własnego domu. A to utrudnia schorowanemu małżeństwu wizyty u lekarzy.

 

- Ja mam rozrusznik serca, nie mogę się denerwować. W Zabrzu powiedzieli, że moje serce nadaje się do wymiany - mówi pani Stanisława. - A ja miałem wylew, udar i raka żołądka - dodaje z kolei pan Waldemar.

 

Okazuje się, że ponad 10 lat temu sąsiedzi kupili od jednego z mieszkańców teren z drogą, którą dotąd jeździli Podlasowie. Kiedy pojawiła się groźba zamknięcia drogi, zaczęła się długoletnia batalia sądowa.

 

- W 2010 roku rodzice założyli sprawę o dojazd konieczny. Pani sędzia stwierdziła, ze minęło 30 lat i należy się zasiedzenie służebności. Ale sąsiedzi się odwołali i rodzice sprawę przegrali, bo żeby zasiedzieć drogę, to trzeba ją na trwale utwardzić. Tego nie można zrobić, bo tu jest rurociąg gazowy - mów syn państwa Podlasów.

 

- Później adwokat znalazł sposób, żeby ponownie wszcząć sprawę o dojazd konieczny. Ale w tym czasie, żebyśmy mogli dojeżdżać, odbyła się sprawa o przywrócenie posiadania, którą moi rodzice wygrali. Wtedy sąsiedzi zrobili sprawę o ochronę prywatności, którą oni wygrywają. To jest absurd. Wszystko stoi w miejscu. Od półtora roku w naszej sprawie nic się nie dzieje - dodaje.

 

Podlasowie wystąpili o sądowe zabezpieczenie możliwości dojazdu do czasu definitywnego wyjaśnienia sprawy. Sąd odmówił, stwierdzając, że nie jest to jedyny dojazd. I wskazał drogę przez tereny prywatne innych sąsiadów. Problem w tym, że także inni sąsiedzi nie chcą oddać swoich terenów pod drogę i też odgrodzili teren. 

 

"Urząd nie ma mocy w takiej sytuacji"

 

Urząd gminy odcina się od problemu. Mediacji podjął się za to miejscowy sołtys, ale niestety nic one nie dały.

 

- Problem jest nam znany. Nie jest to komfortowa sytuacja. To jest spór sąsiedzki. Sprawa cywilna. My, jako gmina możemy tylko ubolewać, że ma to miejsce w naszej gminie. Urząd nie ma mocy w takiej sytuacji. Nie jesteśmy właścicielem tego terenu - mówi Dagmara Dzida, sekretarz gminy Pilichowice.

 

Co ciekawe, przy odciętej przez sąsiadów drodze znajduje się gminne oświetlenie uliczne, które gmina opłaca i konserwuje. Razem z sołtysem reporterzy "Interwencji" postanowili raz jeszcze spróbować porozmawiać z osobami, które zagrodziły drogę. Jednak nikt nie otworzył drzwi.

 

- Byli ludźmi, a teraz nie wiem, kim są. Żeby nie można się było dogadać… Chcieli coś z drogą robić, to mogli przyjść i albo bierzemy na pół, albo się dogadamy - mówi pani Stanisława.

zdr/ Interwencja

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze