"Widziałem młodych ludzi, którym strzelano w głowę". Niemal 80 rannych po zamieszkach w Hongkongu

Świat
"Widziałem młodych ludzi, którym strzelano w głowę". Niemal 80 rannych po zamieszkach w Hongkongu
Reuters

W Hongkongu doszło w środę do gwałtownych starć policji z tysiącami demonstrantów protestującymi przeciw ustawie ekstradycyjnej. Na mocy nowego prawa podejrzani mogliby być wysyłani na rozprawę do Chin kontynentalnych. Podczas starć policja użyła gazu łzawiącego, gumowych kul i armatek wodnych. Według opublikowanego w czwartek bilansu rannych zostało 79 osób, w tym kilka ciężko.

Władze nie podały, ile osób zostało aresztowanych. Poinformowały natomiast, że do końca tygodnia zamknięte pozostaną urzędy w dzielnicy finansowej.

 

Media społecznościowe obiegły zdjęcia i nagrania wideo przedstawiające rannych demonstrantów. Na jednym z nich widać moment, w którym nieuzbrojony mężczyzna zostaje postrzelony w głowę.

 

Demonstranci domagają się wycofania przez władze projektu nowelizacji prawa ekstradycyjnego, który m.in. umożliwiłby przekazywanie podejrzanych w sprawach kryminalnych władzom Chin kontynentalnych. Według przeciwników ustawy zagraża ona wolności mieszkańców Hongkongu, a Pekin może z niej korzystać w celu ścigania krytyków absolutnej władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

 

Sytuacja w Hongkongu ustabilizowała się w czwartek rano. Na ulicach gromadziły się jednak grupy osób gotowych do kontynuowania protestu - w czarnych koszulkach i maskach chirurgicznych, mających chronić przed gazem łzawiącym.

 

Mimo protestów, władze Hongkongu deklarują, że nie wycofają projektu noweli. Drugie czytanie ustawy, które miało się odbyć w środę, Hongkońska Rada Legislacyjna przełożyła jednak na nieokreślony termin.

 

Władze bronią działań policjantów

 

Użycie siły przez policję pogłębiło frustrację wielu protestujących i dodatkowo zwiększyło ich nieufność wobec władz Hongkongu, przede wszystkim wobec szefowej administracji regionu Carrie Lam.

 

Lam określiła protesty jako "zorganizowane zamieszki", a szef hongkońskiej policji Stephen Lo bronił decyzji o użyciu gumowych kul i gazu łzawiącego, twierdząc, że protestujący mogli zaatakować policjantów metalowymi prętami.

 

Eksperci sądzą, że zdominowana przez propekińskich lojalistów Rada prawdopodobnie uchwali nowelizację.

 

Część przeciwników ustawy nie wierzy rządowi i sądzi, że mimo oficjalnego przełożenia posiedzenia, Rada może się zebrać w tajemnicy przed społeczeństwem, by debatować nad nowelizacją i ostatecznie przyjąć ją zgodnie z planem 20 czerwca - powiedziała jedna z setek młodych osób przygotowanych w czwartek do protestu w dzielnicy Central, Magnus Chen.

 

"Widziałem młodych ludzi, którym strzelano w głowę"

 

Według komentatorów dążenie władz Hongkongu do przeforsowania ustawy pomimo olbrzymiego sprzeciwu społeczeństwa może wynikać z presji Pekinu, który w ostatnich latach konsekwentnie powiększa swoją władzę nad regionem.

 

- Widzę niektórych protestujących wyrywających cegły z chodnika, ale nie widziałem, żeby ich używali. Widzę te metalowe pręty, ale nie widziałem, żeby zostały one użyte - powiedział Joseph Wong, były sekretarz służby cywilnej Hongkongu, w wywiadzie dla publicznej hongkońskiej rozgłośni RTHK. Odniósł się w ten sposób do doniesień, według których demonstranci gromadzili te materiały, i podejrzeń, że chcieli atakować nimi policję.

 

- Ale widzę policjantów celujących w uczestników protestu i strzelających nabojami, i widziałem młodych ludzi, którym strzelano w głowę - stwierdził.

 

- Powinniśmy utrzymać równowagę i nie obwiniać za wszystko protestujących czy przypinać im etykietek uczestników zamieszek - ocenił i wezwał do zbadania, czy policja nie użyła nadmiernej siły.

 

"Funkcjonariusze potraktowali mieszkańców gazem jak karaluchy"

 

- Przez ostatnie kilka lat pomiędzy policją a prodemokratycznymi demonstrantami wytworzyła się silna niechęć - uznał Samson Yuen, politolog z Uniwersytetu Lingnan w Hongkongu. Jego zdaniem w środę funkcjonariusze potraktowali mieszkańców Hongkongu gazem pieprzowym "jak karaluchy".

 

Ocenił, że użycie siły przez policję "najwyraźniej odbyło się na polecenie rządu" lokalnego, który znajduje się pod "olbrzymią presją Pekinu, że ustawa musi być uchwalona, nieważne w jaki sposób".

 

Według Yuena to brutalność policji sprawiła, że pokojowe protesty przerodziły się w chaotyczne starcia.

 

Pekin potępił działania protestujących

 

Rzecznik chińskiego MSZ Geng Shuang powiedział w czwartek, że rząd centralny w Pekinie stanowczo potępia brutalne zachowanie protestujących w Hongkongu i wspiera tamtejsze władze lokalne.

 

Tymczasem hongkoński dziennik "South China Morning Post", który należy do firmy Alibaba z Chin kontynentalnych, cytuje byłego komisarza hongkońskiej policji. Ocenił on, że w środę funkcjonariusze byli "powolni" i nie mieli odwagi używać broni. 

 

- Być może szefostwo obawiało się oskarżeń o użycie nadmiernej siły - powiedział.

 

O użycie "nadmiernej siły" oskarżyli natomiast hongkońską policję posłowie prodemokratycznej opozycji w Hongkongu i międzynarodowe organizacje praw człowieka.

 

- Obrzydliwe sceny, gdy policja używa gazu łzawiącego i pieprzowego przeciw w większości pokojowo nastawionym protestującym, są pogwałceniem międzynarodowego prawa - wskazał dyrektor Amnesty International na Hongkong Man-Kei Tam.

 

Hongkong, była brytyjska kolonia, został przekazany Chinom w 1997 roku i od tej pory funkcjonuje jako specjalny region administracyjny ChRL. Zarządzany jest zgodnie z zasadą "jeden kraj, dwa systemy" która teoretycznie zapewnia mu szeroki zakres autonomii. Wielu komentatorów wskazuje jednak na stopniową erozję tej autonomii i swobód obywatelskich.

wka/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze