"Czekałem na was". Reportaż Ewy Żarskiej o zabójstwie Kai, której ciało było ukryte w wersalce

Polska
"Czekałem na was". Reportaż Ewy Żarskiej o zabójstwie Kai, której ciało było ukryte w wersalce
Polsat News

Tragiczne losy 20-letniej Kai wstrząsnęły Polską. Ciało kobiety po wielu dniach poszukiwań przez rodzinę znaleziono w wersalce mieszkania jej konkubenta. Leżało tam ponad 10 dni. Artur W. został niedawno skazany na dożywocie. Wyrok jest nieprawomocny. Reporterka Polsat News Ewa Żarska ujawnia szokujące szczegóły zbrodni oraz śledztwa, w tym m.in. nieprawidłowości przy poszukiwaniach Kai.

Z protokołu przesłuchania Artura W., sierpień 2017 r.: "Wtedy Brayan się obudził, ja spojrzałem na niego, cały czas trzymałem Kaję za szyję. On spał na drugim łóżku i nie widział, co się działo na pierwszym. Zaraz z powrotem usnął. Ja dusiłem Kaję może z 10 sekund. Ja myślałem, że Kaja żyje, bo wydawała jeszcze jakieś odgłosy. Wstałem i wersalkę, na której leżał mały podniosłem na pół, żeby nic nie widział. Siedziałem przez chwilę i myślałem, co robić, czy ona żyje czy nie. Kaja już później nie wydawała odgłosów. Zaczęło się robić widno, to włożyłem ją do wersalki do środka. Zasłoniłem jej oczy, nie wiem czemu. Kiedy położyłem Kaję w wersalce i ją zamknąłem, to wydawało mi się, że wersalka się rusza i pomyślałem, że ona żyje i może wyjść z tej wersalki, zacznie krzyczeć i mały ją zobaczy. Otworzyłem wersalkę, Kaja była ciepła, ale się nie ruszała. Wyjąłem ją z wersalki, związałem jej nogi, ręce, ale potem rozwiązałem, bo nie mogłem jej tam z powrotem włożyć. Ja chyba też coś zrobiłem jej z ustami, chyba taśmą zakleiłem, założyłem jej worek, chyba od śmieci, na głowę i zawiązałem go sznurkiem."

 

Później Artur W., 28-letni, postawny brunet z brązowymi oczami, ogolony na łyso, włożył ciało młodszej o 8 lat partnerki, kolejny raz tej nocy, do wersalki. W tym czasie obudził się dwuletni syn kobiety. Brayan przyglądał się jak "wujek", bo tak mówił o nowym partnerze mamy, przykrywa jej ciało kołdrą, zamyka kolejny raz wersalkę, kładzie na nią drugą, a na tym wszystkim upycha fotel. Artur W., groźny recydywista, przez cały czas bał się, że drobna 20-latka, z długimi ciemnymi włosami i dużymi szarozielonymi oczami nagle ożyje. Lęk był zasadny, bo kilka lat wcześniej, jego pierwsza ofiara, choć nie miała prawa przeżyć wyjątkowo brutalnego gwałtu, przeżyła…

 

15 sierpnia 2017 r. nad ranem, w Dzień Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 20-letnia Kaja już nie żyła.

 

Ale jej rodzina nie miała o tym pojęcia. Dwa dni później starszy brat Kai i jej nastoletnia siostra rozpoczęli poszukiwania. Od tego momentu zaczął się również pokaz policyjnych błędów, nadużyć i ignorancji.

 

26 kwietnia 2019 r. Artur W. został skazany na dożywocie.

 

"Czekałem na was"

 

Piątek, 25 sierpnia 2017 r.

 

Od kilku dni widzę w internecie ogłoszenie o zaginionej dziewczynie. 20-latka ze Zduńskiej Woli. Atrakcyjna dziewczyna. Szukają jej najbliżsi. Na dole numer telefonu. Możliwe, jak piszą w komunikacie zrobionym własnoręcznie, w dosyć amatorski sposób, że dziewczyna została wywieziona do Niemiec. W komentarzach pod zdjęciem pojawiają się liczne sugestie, padają nazwy dwóch niemieckich miast, gdzie była widziana. Rodzina boi się, że mogła trafić do domu publicznego.

 

Dzwonię do rzecznika policji w Zduńskiej Woli, bo z tego niewielkiego miasta pod Łodzią pochodzi Kaja. Tam też zgłoszono jej zaginięcie. Pytam, co wiadomo, jakie są ustalenia? Zdawkowa odpowiedź, że szukają, ale, że mogła z chłopakiem gdzieś wyjechać. Nie wykluczają żadnej wersji. Szczegółów brak.

 

Pierwsze spotkanie z rodzeństwem Kai

 

W końcu dzwonię pod numer podany w ogłoszeniu. To numer dla tych, którzy coś wiedzą o losie Kai. Odbiera mężczyzna. Po głosie wnioskuję, że to młody chłopak. Przedstawiam się, mówię, że dzwonię z redakcji Polsat News. Może w jakiś sposób uda nam się pomóc w odnalezieniu kobiety. Damian, bo tak ma na imię mężczyzna, z którym rozmawiam, jest starszym bratem zaginionej. Początkowo nieufny, nie jest przekonany do mediów. Nie chce ich udziału w poszukiwaniach. Po długiej rozmowie jednak przekonuję go, że zdjęcie dziewczyny, za pośrednictwem telewizji, może zobaczyć dużo większa grupa ludzi niż w internecie, na jego prywatnym profilu. Może ktoś coś skojarzy, może uda się ją odnaleźć. Po kilku minutach rozmowy z bratem Kai wiem, że policja niewiele robi w tej sprawie, że od ośmiu dni, jeśli coś działa w tej sprawie, to typowa spychologia.

 

Umawiam się z bratem Kai na nagranie, na następny dzień, w sobotę. Na ten sam dzień próbuję umówić również rzecznika policji w Zduńskiej Woli, ale "mam zrozumieć", że nie ma szans, bo jest weekend i ma prywatne sprawy. Jestem zdziwiona, bo przecież tu chodzi o życie młodej kobiety. 

 

Sobota, 26 sierpnia 2017 r.

 

Na spotkanie z nami brat zaginionej Kai przyjeżdża do Zduńskiej Woli pociągiem z Warszawy. Tam mieszka i pracuje. Jest z nim młodsza siostra. Drobna, ciemnowłosa nastolatka jest zestresowana obecnością kamery. Rodziców nie ma, bo nie żyją od dawna. Póki co wszyscy jesteśmy przekonani, że atrakcyjna Kaja została wywieziona zagranicę do domu publicznego. Rodzeństwo opowiada o tym, jak kobieta wyszła z 2-letnim synkiem z domu, jak pojechała do Łodzi do Artura, jak nagle urwał się z nią kontakt i jak od ponad tygodnia błagają policję o pomoc. Funkcjonariusze mają ich lekceważyć ze względu na romskie korzenie rodziny, przeszłość rodziców i próbują wmówić rodzeństwu, że dziewczyna "poszła w Polskę" z nowo poznanym chłopakiem.

 

Miłość od pierwszego wejrzenia

 

Kaja i Artur poznali się ledwie kilka tygodni wcześniej. Śledząc jej wpisy na Facebooku, można odnieść wrażenie, że mężczyzna był miłością od pierwszego wejrzenia. Planowała z nim przyszłość i rodzinę.

 

Rodzeństwo zaginionej wie, że Kaja nie zostawiłaby 2-letniego synka. Czują, że coś jest nie tak.

 

Z dokumentów śledczych: "Przesłuchana w charakterze świadka Malwina W. wskazała, iż z siostrą Kają widziała się w dniu 14 sierpnia 2017 r., gdy Kaja była u niej w domu, w Zduńskiej Woli. Tego samego dnia Kaja wsiadła do taksówki i udała się w kierunku dworca, celem powrotu do Łodzi, do swojego syna i konkubenta Artura W. Następnego dnia z Kają próbowała się skontaktować jej koleżanka. Telefon Kai odebrał Artur W. i powiedział, że Kaja śpi, bo wzięła leki na ból kręgosłupa. Malwina wskazała, iż nigdy wcześniej nie było sytuacji, by telefon Kai odbierał Artur. W dniu 16 sierpnia Malwina zadzwoniła na numer siostry. Telefon ponownie odebrał Artur W. Poinformował, iż wrócił do Zduńskiej Woli, a następnie poprosił, by Malwina odebrała dziecko Kai i zajęła się opieką nad nim. Malwina wyraziła zgodę i przejęła opiekę nad Brayanem, synem siostry. Przekazując chłopca Malwinie, Artur W. wskazał, aby ta, chcąc się kontaktować z siostrą, dzwoniła na jego numer, gdyż on ma przy sobie telefon Kai."

 

Malwina ani nikt inny do Kai już nigdy się nie dodzwonili. Jej numer przestał być aktywny 17 sierpnia. Wtedy rodzeństwo zgłosiło zaginięcie 20-latki na komisariacie policji w Zduńskiej Woli. Ale, jak się okazało, kilka miesięcy później, gdy dotarliśmy do skrzętnie ukrywanych przez policję dokumentów, już 18 sierpnia, czyli dzień po zgłoszeniu zaginięcia, o godzinie 8:45 z polecenia naczelnika Wydziału Kryminalnego przerwano czynności w sprawie poszukiwań Kai W.

 

Wtedy jeszcze rodzina nie wiedziała, że policjanci Kai po prostu nie szukali. Wiedzieli jednak, że policja na pewno nie działa tak jak powinna.

 

"Nie znaleźli nic podejrzanego"

 

Brat Kai opowiadał nam tego dnia przed kamerą, że wielokrotnie prosił, by policjanci sprawdzili mieszkanie Artura W. Gdy jednak nie było żadnej reakcji ze strony funkcjonariuszy, 19 sierpnia, cztery dni po zaginięciu siostry, postanowił sam sprawdzić mieszkanie Artura. Zdesperowane rodzeństwo poszukiwania rozpoczęło na własną rękę. Tego dnia weszli do 10-kondygnacyjnego bloku i zapukali do drzwi mieszkania, które wynajmował partner zaginionej siostry. Z wewnątrz wydobywał się potworny smród. Było upalne lato. Wezwali policję i straż.

 

Z dokumentów śledczych: "Do mieszkania przy Rojnej w dniu 19 sierpnia weszli funkcjonariusze straży Pożarnej Adam Sz. i Michał J. Zeznali, iż do mieszkania weszli przez okno, iż dokładnie sprawdzili mieszkanie. W mieszkaniu były dwie wersalki. Jedna na drugiej. Sprawdzili zawartość wersalki usytuowanej na górze, następnie drugiej, podnosząc wieko. Nie znaleźli nic podejrzanego."

 

Michał J., strażak, który rzekomo sprawdził dokładnie tego dnia mieszkanie, kilka tygodni później zeznawał w prokuraturze: "Nic podejrzanego nie znalazłem, nie widziałem żadnych zwłok, żadnych plam przypominających krew, nic nie wzbudziło moich podejrzeń. […] Na stoliku był laptop i tablet. Przyszło polecenie, by zostawić wszystkie urządzenia mieszkaniu."

 

Jak się później okazało, tablet należał do zaginionej dziewczyny.

 

Adam Sz., drugi ze strażaków, który był 19 sierpnia w mieszkaniu podczas prokuratorskiego przesłuchania, powiedział: "Do kosza z podnośnika wszedłem ja i Michał J. Dowódca zapytał policjanta, czy chce z nami jechać w koszu na górę, żeby wejść do mieszkania. Ale ten policjant odpowiedział, że wolałby nie wjeżdżać."

 

Ten policjant to Łukasz Z., doświadczony funkcjonariusz Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. Od lat pracował w Wydziale Patrolowo-Interwencyjnym. I choć w mieszkaniu tego dnia nie był, a zgodnie ze swoimi obowiązkami być powinien i choć mieszkania nie sprawdził, to zdając się jedynie na relację strażaków, przekazał do Komendy Policji w Zduńskiej Woli notatkę, że w mieszkaniu Artura W. nic niepokojącego nie znaleziono.

 

Z protokołu przesłuchania Łukasza Z., funkcjonariusza KMP w Łodzi: "Zapytałem dowódcę strażaków, skąd ten odór z mieszkania i dowódca zapytał się o to strażaków, którzy wchodzili do środka i oni odpowiedzieli, że ten fetor jest z kuwety pełnej kocich odchodów."

 

Tego dnia, 19 sierpnia, zakończyły się czynności poszukiwawcze w mieszkaniu Artura W. Policjanci uspokoili rodzinę, że Kaja na pewno żyje i nic jej się nie stało.

 

Smród na klatce

 

Kilka tygodni później biegli jednoznacznie stwierdzili, że zeznania strażaków są niewiarygodne. A kilka miesięcy później śledczy postawili zarzuty policjantom, że nie dopełnili swoich obowiązków.

 

Przez kolejne dni w sprawie nie następuje przełom. Rodzina wciąż szuka kontaktu z dziewczyną.

 

Pod koniec wywiadu, 26 sierpnia, brat Kai i siostra jeszcze raz proszą wszystkich o pomoc w odnalezieniu zaginionej. Gdy operator wyłącza kamerę, Damian, brat Kai, żartuje, że kiedy tylko siostra się odnajdzie, zabierze naszą ekipę na dobrą kolację i piwo w Zduńskiej Woli.

 

Zaraz po wywiadzie, ze Zduńskiej Woli jedziemy do Łodzi - do mieszkania Artura W. Tu, po raz ostatni, była widziana zaginiona dziewczyna. Jest południe, upalna sobota. Blokowisko jakich wiele. Wchodzimy do tzw. wieżowca, tak popularnie nazywa się w Łodzi 10-piętrowe bloki. Przed klatką, w której mieszkał Artur, naklejone jest zdjęcie zaginionej Kai. Wsiadamy do windy. W windzie monitoring. Na piętrze, gdzie mieszka Artur W., uderza nas przerażający smród. Nie mamy wątpliwości z operatorem, że smród wydostaje się z mieszkania partnera Kai. Zastanawiamy się tylko nad tym, co jest jego źródłem. Na zewnątrz jest ponad 30 stopni. Może żywność w lodówce, a może to sprawka kotów, które podobno zostały wewnątrz? Któreś z nas rzuca: "a może jednak tam są zwłoki?" Ale brzmi to jak ponury żart, bo przecież mieszkanie było, według policji, dokładnie sprawdzone.

 

Pytamy sąsiadów, czy coś widzieli, czy ktoś coś słyszał. Kompletnie nic. Nie było tu nawet policjantów. Nikt o nic nie pytał. Od administratora bloku dowiadujemy się, że również nikt nie zabezpieczył monitoringu. Mija właśnie 11. dzień, odkąd zaginęła Kaja.

 

Makabryczne odkrycie

 

Gdy kilkadziesiąt minut później pojechaliśmy do Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, rzeczniczka policji zapewniała nas, że wszystkie czynności zostały w tej sprawie wykonane prawidłowo. Twierdziła, że szukamy dziury w całym, że policjanci przeszukali mieszkanie, zabezpieczono monitoring i "rozpytano" sąsiadów. Mówimy o niewyobrażalnym smrodzie i naszych ustaleniach. Rzeczniczka przed kamerą jest pewna, że policjanci robią wszystko tak jak trzeba.

 

Mimo tej pewności, godzinę później, 26 sierpnia 2017 roku, po naszej interwencji, do mieszkania Artura W. zostaje wysłana specjalna grupa operacyjna.

 

Z dokumentów śledczych: "W dniu 26 sierpnia 2017 roku funkcjonariusze policji udali się na ulicę Rojną. Na miejscu, w mieszkaniu, znaleziono zwłoki Kai W. Znajdowały się w pudle na pościel wersalki i przykryte były kołdrą. Wersalka ustawiona była w ten sposób, iż element podnoszony odwrócony był w kierunku ściany. Na przedmiotowej wersalce ustawiona była kolejna wersalka. Zwłoki kobiety były nagie, jedynie odziane w biustonosz. Kobieta była skrępowana na wysokości poniżej kolan oraz kostek nóg. Na głowie miała założony czarny foliowy worek, najprawdopodobniej obowiązany sznurkiem."

 

Na miejscu, przez kilkanaście, godzin pracowali tego wieczora i tej nocy policyjni technicy i biolodzy. Wszyscy w specjalnych kombinezonach, w maskach, bo odór w mieszkaniu był nie do wytrzymania. Zwłoki kobiety były w pełnym rozkładzie.

 

Dopiero po naszej interwencji, po ujawnieniu zwłok w mieszkaniu, które miało być wcześniej dokładnie sprawdzone, policjanci zaczynają pracować tak, jak powinni od początku. 26 sierpnia wieczorem sprawdzają logowania telefonów, przesłuchują znajomych Kai i Artura. Monitorują internet. Wreszcie przesłuchują sąsiadów, a późnym wieczorem zabezpieczają monitoring z bloku. Na nagraniach widać Artura W., jak w towarzystwie 2-letniego Brayana kilkakrotnie wchodzi do mieszkania i z niego wychodzi.

 

"Czekałem aż mnie złapią"

 

W tym czasie Artur W. wciąż przebywa na wolności. Nie był nawet poszukiwany. Dopiero wówczas policja dowiedziała się od rodziny i dziennikarzy, że to groźny przestępca, karany w Wielkiej Brytanii za wyjątkowo brutalny gwałt. W 2010 roku w Peterborough napadł, niemal udusił i zgwałcił nieprzytomną 27-latkę. Przy sprawie Kai żaden z funkcjonariuszy nie sprawdził przeszłości partnera poszukiwanej dziewczyny.

 

27 sierpnia 2017 roku za Arturem W. wystawiono lis gończy. Został zatrzymany cztery dni później. 16 dni po zabójstwie Kai.

 

W dniu zatrzymania zeznał: "Po tym jak przekazałem Brayana Malwinie, pojechałem w Polskę. Mój telefon sprzedałem po kilku dniach w Poznaniu, Kai kilka dni później w Rzeszowie. Ja byłem w Poznaniu, Rzeszowie, Ustce, Wrocławiu, Kutnie, Kluczborku i Koszalinie. Jeździłem autobusami, chodziłem po dworcach, spałem po klatkach i w parkach na ławkach. Ja czekałem aż mnie złapią. Ja nie kontaktowałem się z nikim, nie rozmawiałem w ogóle przez telefon. Ja dostałem w międzyczasie mandat za kradzież w Biedronce, byłem też zatrzymany we Wrocławiu, po tym jak uciekałem za spanie na ławce. Wtedy też miałem przy sobie dowód Kai i policjanci mnie pytali, dlaczego. Ja myślałem, że jestem poszukiwany od pierwszego dnia, myślałem, że już we Wrocławiu jestem zatrzymany."

 

Policjanci zatrzymali Artura W. na przystanku w Koszalinie. Nie stawiał oporu. Miał im powiedzieć: "Czekałem na Was".

 

Artur W., dużo szczuplejszy niż półtora roku wcześniej, w sportowej granatowej koszulce polo, odsłaniającej tatuaże na prawej ręce, dokładnie ogolony, bez emocji wysłuchał wyroku, w którym sąd skazał go na karę dożywotniego więzienia. Sędzia odczytał również, że ma zapłacić 100 tys. zł zadośćuczynienia synowi Kai, dziś prawie 4-letniemu Brayanowi. Obrońca Artura W. już zapowiedział apelację.

 

A mały Brayan kładzie się na podłodze i bawi się w "nie żyję".

 

Epilog

 

Dwóch funkcjonariuszy odeszło ze służby po tym, jak ujawniliśmy nieprawidłowości w sprawie poszukiwań 20-letniej Kai. Jeden z nich usłyszał zarzut niedopełnienia obowiązków służbowych.

 

Pozostali otrzymali kary pieniężne i obniżono im stopnie służbowe.

Ewa Żarska/luq/ml/ Polsat News

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze