Komisji weryfikacyjna ws. działek przy Jeziorze Gocławskim przesłuchała świadków

Polska
Komisji weryfikacyjna ws. działek przy Jeziorze Gocławskim przesłuchała świadków
PAP/Rafał Guz

Komisja weryfikacja bada sprawę reprywatyzacji działek w rejonie Jeziora Gocławskiego oraz nieruchomości, przez które miałaby przebiegać linia tramwajowa na Gocław. Decyzje w ich sprawie wydał prezydent m.st. Warszawy z lutego 2000 r. i z marca 2011 r. Jako pierwsza przed komisją zeznawała Magdalena Rubenfeld-Koralewska, a następnie Krzysztof R., kierownik działu w Urzędzie Miasta i Gertruda J.-F.

Chodzi o nieruchomości w rejonie Jeziora Gocławskiego, alei Stanów Zjednoczonych oraz ul. gen. T. Bora-Komorowskiego; decyzje zwrotowe w ich sprawie wydał prezydent m.st. Warszawy z lutego 2000 r. i z marca 2011 r.

 

Jako pierwsza ma zeznawać Magdalena Rubenfeld-Koralewska ze stowarzyszenia "Wiatrak"; reprezentuje ona stronę społeczną. Poza nią jako świadków komisja wezwała byłą naczelnik wydziału w Urzędzie m.st. Warszawy Gertrudę J.-F.; b. kierownika działu w Urzędzie m.st. Warszawy Krzysztofa R.; a także kurator dla nieznanej z miejsca pobytu Natalii Wolfram w postępowaniu zakończonym decyzją dotyczącej działek przeznaczonych pod budowę linii tramwajowej adw. Bożenę Dobrzyńską. W charakterze strony wezwano spadkobiercę po jednej z beneficjentek decyzji a zarazem kuratora Jerzego Rdzanka.

 

Przewodniczący komisji Patryk Jaki poinformował, że świadkowie stawiali się na rozprawie; dodał, że Gertrudę J.-F. zastrzegła swój wizerunek. Urząd miasta reprezentują pełnomocnicy. Zwolnienie lekarskie przesłała referent w sprawie zakończonej wydaniem decyzji dotyczącej działek przeznaczonych pod budowę linii tramwajowej na Gocław Katarzyna Łasica.

 

Wiceprzewodniczący komisji weryfikacyjnej Sebastian Kaleta mówił we wtorek, że "wiele wskazuje na to, że cały teren przy Jeziorze Gocławskim i działki, przez które ma przebiegać linia tramwajowa na Gocław, zostały zreprywatyzowany m.in. na osobę, która zmarła przed wydaniem decyzji zwrotowej".

 

Poinformował, że teren, na którym znajduje się jezioro został zwrócony tym samym beneficjentom, co nieruchomość, którą Tramwaje Warszawskie zamierzały wykupić pod budowę linii tramwajowej na Gocław.

 

Kaleta mówił, że przedwojenną właścicielką nieruchomości była Natalia Wolfram, żona Cezarego Wolframa. - I okazuje się, że w Warszawie przedwojennej były trzy osoby, które nazywały się tak jak ona; udało się ustalić z dużą dozą prawdopodobieństwa, że ta osoba nie żyła w czasie wydawania decyzji, ponieważ wszystkie te trzy panie zmarły przed 2004 rokiem - powiedział.

 

Wiceprezydent stolicy Paweł Rabiej we wtorek przed południem napisał na Twitterze, że dzięki stronie społecznej miasto trafiło niedawno "na trop" Natalii Wolfram. "I ustaliliśmy, że używała imienia Zofia i zmarła zanim została wydana na jej rzecz decyzja reprywatyzacyjna. Udało się ustalić, gdzie spoczywa. @KW_GOV_PL powinna teraz uchylić decyzje w sprawie działek na #Gocław" - napisał Rabiej.

 

Zeznania Rubenfeld-Koralewskiej

 

Jako pierwsza przed komisją zeznawała Magdalena Rubenfeld-Koralewska ze Stowarzyszenia Wiatrak, która podczas swobodnego oświadczenia skupiła się na nieprawidłowościach ze strony miasta przy przygotowaniu trasy tramwajowej. "Od samego początku realizacji inwestycji tramwaj na Gocław - zarówno na poziomie ratusza, jak i na poziomie urzędu dzielnicy, funkcjonowała taka zmowa pomijania wszelkich nieprawidłowości i niejasnych sytuacji" - mówiła świadek. Zarzuciła, że inwestycja była m.in. niezgodna ze studium zagospodarowania przestrzennego, a wybrany wariant przebiegu trasy tramwajowej nie był konsultowany z mieszkańcami.

Rubenfeld-Koralewska mówiła także, że w decyzjach reprywatyzacyjnych widniały podpisy b. wiceszefa BGN Jakuba R. i naczelnik w BGN Gertrudy J.-F.

 

- Z treści tej decyzji wynikało, że w sprawie uczestniczył kurator dla osoby nieznanej z miejsca pobytu. Była tam wtedy wymieniona Natalia Wolfram i było dziwne dla nas, że tak znane nazwisko i rodzina, która na Saskiej Kępie była znana (i) nie udało się ustalić, co się z nią stało - mówiła. "W tej sytuacji zaczęliśmy własne poszukiwania i udało nam się dotrzeć do postanowienia o ustanowieniu kurator z 1998 roku, które wyglądało nie jak dokument, tylko jak świstek, ale dzięki temu dokumentowi zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie ta Natalia Wolfram jest, znaleźliśmy grób na cmentarzu ewangelicko-augsburskim, z które wynikało, że w momencie ustanawiania kuratorstwa ta osoba już nie żyła - dodała.

 

Magdalena Rubenfeld-Koralewska ze stowarzyszenia PAP/Rafał Guz
Magdalena Rubenfeld-Koralewska ze stowarzyszenia "Wiatrak"

 

Przyznała, że działaczom ruchów miejskich nie udało się potwierdzić, czy chodzi o tę samą Natalię Wolfram, która widniała w dokumentach dotyczących działki.

 

Jeszcze przed zeznaniami pierwszego świadka pełnomocnicy ratusza zawnioskowali, aby pominąć dowody z przesłuchań świadków i zamknąć rozprawę oraz wydać decyzję stwierdzającej nieważność decyzji zwrotowych prezydent m.st. Warszawy. Jak argumentował mecenas Bartosz Przeciechowski, "zarówno członkowie komisji, jak i miasto, są zgodni co do tego, że osoba co do której w 1/12 ustanowiono użytkowanie wieczyste na podstawie decyzji objętych dzisiejszym postępowaniem nie żyła w chwili wydawania tych decyzji". Zapowiedział także, że miasto nie będzie składało skargi co do uzasadnienia decyzji unieważniających. Członkowie komisji odrzucili wniosek ratusza.

 

Krzyszfof R.: miałem pełnomocnictwo od prezydenta

 

- Nie miałem świadomości, żeby osoba, na rzecz której wydaję decyzję zwrotową nie żyje, nic mi nie wiadomo, aby w dokumentacji, którą posiadałem ws. gruntów na Gocławiu była informacja o jej śmierci - mówił przed komisją weryfikacyjną b. urzędnik stołecznego BGN Krzysztof R.

 

Świadek powiedział, że był kierownikiem w ówczesnym stołecznym Biurze Gospodarki Nieruchomościami od czerwca 2003 roku i pracował do końca listopada 2017 roku, ale ze względu na zwolnienie lekarskie od stycznia 2017 roku nie pełnił funkcji w urzędzie miasta.

Przewodniczący komisji Patryk Jaki zwrócił uwagę, że decyzja zwrotowa dla działek, przez które miałaby przebiegać linia tramwajowa na Gocław została wydana w 2011 roku, a więc w czasie, kiedy świadek był kierownikiem w dawnym BGN-ie.

 

Kierownik działu w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy Krzysztof R.PAP/Rafał Guz
Kierownik działu w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy Krzysztof R.

 

Jaki poinformował, że pod decyzją zwrotową jest podpisany właśnie Krzysztof R. "Tak, miałem pełnomocnictwo od prezydenta" - potwierdził świadek.

 

Przewodniczący komisji pytał, co świadek pamięta, w sprawie podejmowania decyzji zwrotowej i czy prawidłowo zbadano krąg spadkobierców. - Nie pamiętam szczegółów tego postępowania, wydałem pewnie ponad tysiąc decyzji administracyjnych w okresie, kiedy pełniłem funkcję kierownika - powiedział świadek.

 

Podkreślił jednak, że podpisując, czy parafując jakąkolwiek decyzję, jeżeli były wątpliwości, analizował m.in. kwestię następstwa prawnego i spełnienia innych przesłanek.

 

Decyzja na rzecz osoby zmarłej

 

Jaki zapytał, więc jak świadek skomentuje wydanie decyzji na rzecz osoby, która od lat nie żyła. - Z pewnością nie miałem tej świadomości, żeby osoba na którą wydaję decyzję nie żyła, nic mi nie wiadomo o tym, aby w dokumentacji, którą posiadałem była informacji o śmierci strony postępowania - zapewnił świadek.

 

Dodał, że wydanie decyzji na rzecz osoby nieżyjącej jest nieważne, jeżeli nie ma w danej sprawie osoby upoważnionej przez "stosowne organy". Jaki zwrócił uwagę, że w przypadku analizowanych nieruchomości występował kurator dla osoby nieznanej z miejsca pobytu.

 

- Jeżeli był ustanowiony kurator przez organ administracji, czyli przez nas, to należało zbadać to (ustanowienie kuratora) w ramach administracji. Natomiast, jeżeli kurator był ustanowiony przez organ sądowy, to w moim rozumieniu nie mamy kognicji badania decyzji sądowych (...). Jeśli jest kurator dla osoby nieznanej z miejsca zamieszkania ustanowiony przez niezawisły sąd, (to) nie mam podstawy twierdzić, że ta osoba nie żyje - podkreślił b. urzędnik.

 

Pytany przez Jakiego, czy były jakieś naciski w sprawie zwrotu nieruchomości na Gocławiu, odparł: "nie kojarzę żadnych nacisków w tej sprawie". 

 

Przesłuchanie Gertrudy J.-F.

 

Na początku przesłuchania Gertruda J.-F. powiedziała, że pracę w urzędzie m. st. Warszawy rozpoczęła w 2002 roku, w latach 2003-2016 pracowała na stanowisku naczelnika Wydziału Spraw Dekretowych i Związków Wyznaniowych Biura Gospodarki Nieruchomościami. Mówiła, że wydział liczył od 30 do 40 podległych jej pracowników.

 

- Przyjmując, że rocznie było wydawanych miedzy 500 a 600 rozstrzygnięć szacuję, że w czasie kiedy pełniłam funkcję naczelnika zostało wydanych między 6,5 a 7 tysięcy decyzji, w tym tzw. decyzji zwrotowych było ok. 2,4 tys. - powiedziała świadek.

 

Mówiła, że ze względu na "tak ogromną ilość toczących się spraw, organizacja pracy była zadaniem niezwykle trudnym", a przełożeni wymagali, aby postępowania "przebiegały sprawnie, najlepiej zgodnie z kodeksowymi terminami załatwiania sprawy, wszystko po to, aby wpływała jak najmniejsza ilość skarg na opieszałość".

 

"Musiałam opierać się na zaufaniu do pracowników"

 

- Mojej pracy zawsze towarzyszył chroniczny brak czasu (...) w takich warunkach pracy, sprawowanie nadzoru nad podległymi pracownikami w dużej mierze musiało opierać się na zaufaniu do ich lojalności, doświadczenia zawodowego, profesjonalizmu i uczciwości. Nie byłam w stanie szczegółowo zapoznawać się z każdą z przedstawianych mi spraw, ani też nie było to konieczne - zeznała Gertruda J.-F.

 

Wyjaśniła, że o ile pracownik nie zasygnalizował jakiegoś problemu, nie poprosił o konsultację, to opierała się na tym, co zostało jej przedstawione w projekcie rozstrzygnięcia ws. danej nieruchomości. Podkreśliła, że w sprawie wydania decyzji o ustanowieniu prawa użytkowania wieczystego lub przyznaniu odszkodowania nie była osobą "ostatecznie decyzyjną i rozstrzygającą".

 

- Zawsze na ostateczny kształt decyzji wpływ miała osoba, która ją podpisywała tj. wydawała w imieniu prezydenta - podkreślała Gertruda J.-F.

 

"Sprawa gruntów na Gocławiu jedna z bardzo wielu"

 

Mówiła, że omawiana w środę przez komisję weryfikacyjną sprawa gruntów na Gocławiu była jedną z bardzo wielu i nie jest w stanie szczegółowo i dokładnie odtworzyć jej przebiegu, ale postara się "odtworzyć prawdopodobny przebieg sprawy, aby jak najlepiej pomóc w jej rozpoznaniu przez komisję".

 

Gertuda J.-F. powiedziała, że teren obejmujący Jezioro Gocławskie został oddany w użytkowanie wieczyste na rzecz spadkobierców decyzją

prezydenta m.st. Warszawy w 2000 roku. - Wówczas nie zajmowałam się jeszcze sprawami dekretowymi - podkreśliła.

 

Dodała, że w 2002 roku prawo użytkowania wieczystego zostało przekształcone w prawo własności, a kolejny zwrot nieruchomości na Gocławiu nastąpił w 2011 roku. - Nie przypominam sobie, aby dokonywano transakcji zbywania roszczeń, przed czy też po wydaniu decyzji - powiedziała Gertruda J.-F.

 

"Decyzja dla osoby nieznanej z miejsca pobytu"

 

Odniosła się do kuratora, który występował w sprawie zwrotu gruntów na Gocławiu. - W opinii Biura Prawnego nie było przeszkód prawnych, aby osoba nieznana z miejsca pobytu była stroną postępowania administracyjnego (...) podobnie radcy prawni urzędu nie wiedzieli przeszkód prawnych do wydania na rzecz osoby nieznanej z miejsca pobytu decyzji administracyjnej o ustanowieniu na rzecz tej osoby prawa użytkowania wieczystego bądź o przyznaniu takiej osobie odszkodowania - powiedziała świadek.

 

Podkreśliła, że działania kuratorów spadku, czy kuratorów dla osób nieznanych z miejsca pobytu, miało oparcie w przepisach prawa, m.in. Kodeksie cywilnym. - Funkcje te sprawowały osoby wyznaczone przez sądy powszechne, a ich działania podlegały nadzorowi tych sądów - powiedziała świadek.

 

Stwierdziła, że to rodzina Natalii Wolfram zawnioskowała do sądu o wyznaczenie kuratora dla osoby nieznanej z miejsca pobytu.

 

Nie wiedziała o planowanej linii tramwajowej 

 

Gertruda J.-F. powiedziała, że nie miała świadomości, że miałaby w tym miejscu przebiegać trasa tramwajowa. Przyznała, że według jej wiedzy, studium zagospodarowania przestrzennego nie przewidywało przebiegu linii tramwajowej. - O linii tramwajowej, o której tu jest mowa, dowiedziałam się może 2-3 miesiące temu z mediów - powiedziała.

 

Świadek zaprzeczyła, jakoby miała informacje od kuratora ws. poszukiwań Natalii Wolfram i działaniach podejmowanych w tej sprawie. Dodała, że nie było takiego obowiązku.

 

Podczas przesłuchania świadek przypomniano zeznania byłych urzędników ratusza, którzy mówili, że w urzędzie przyznawano nagrody za większą liczbę decyzji reprywatyzacyjnych. Przewodniczący komisji Patryk Jaki pytał Gertrudę J.-F., czy znała ten proces przyznawania nagród. - Doceniałam ilość i jakość pracy, i po prostu, jeżeli ktoś pracował sumiennie, przygotowywał większą ilość projektów rozstrzygnięć, miał u mnie wyższe notowania - powiedziała.

 

- Było oczekiwania, żeby zapadało jak najwięcej decyzji z wyjaśnionym stanem prawnym i faktycznym. Praca miała iść do przodu, urząd miał działać sprawnie - mówiła. - Różne mogły być sposoby motywowania pracowników do pracy. Osobiście doceniałam ilość sporządzonych projektów tzw. pozytywnych i negatywnych, całokształt pracy - dodała.

 

"Pracownicy mieli wydawać 300 decyzji rocznie"

 

Dopytywana przez wiceprzewodniczącego komisji Sebastiana Kaletę, czy to było jej polecenie, żeby wydawać jak najwięcej decyzji i czy prawdą jest, że pracownicy mieli wydawać 300 decyzji rocznie, jak zeznawali wcześniej świadkowie, byli pracownicy ratusza, powiedziała: "O ile pamiętam taka liczba nigdy nie została osiągnięta, więc siłą rzeczy nie wykonałabym zadania". - Pracownicy mieli wydawać dużo decyzji, natomiast nie przypominam sobie konkretnie liczby 300. Po prostu jak najwięcej -dodała.

 

Potwierdziła, że wysyłała pracownikom informacje, żeby wydawali jak najwięcej decyzji. Zapytana, czy to była jej inicjatywa, czy polecenie służbowe, odpowiedziała: - Wymagano ode mnie jak największej dyscypliny pracy i przygotowania jak największej ilości projektów, więc motywowałam w różny sposób pracowników - ustnie, mailowo.

 

Zapytana, czy były sugestie ze strony ówczesnych szefa BGN Marcina Bajko i wiceszefa BGN Jakuba R. ws. liczby wydawanych decyzji, powtórzyła, że jej przełożeni oczekiwali dużej liczby wydawanych decyzji administracyjnych. - Nie pamiętam, żeby mi narzucono konkretne liczby - mówiła.

 

Ci sami notariusze

 

Członek komisji z rekomendacji PiS Łukasz Kondratko pytał J.-F., jak wytłumaczy to, że w postępowaniach reprywatyzacyjnych pojawiają się wielokrotnie te same nazwiska notariuszy. Świadek powiedziała, że ona sama nie polecała notariuszy. Dopytywana, czy inni urzędnicy w BGN polecali notariuszy, odpowiedziała, że pewnie tak. - Wszyscy mogli polecać, którzy przygotowywali projekty decyzji - dodała.

 

J.-F. mówiła również, że nie ma wiedzy, aby jakakolwiek decyzja była wydawana w zamian za korzyść majątkową. Świadek została zapytana przez posła PiS Pawła Lisieckiego, od kiedy wie, że decyzje wydawane w BGN były wydawane z rażącym naruszeniem prawa. - W toku mojej pracy niejednokrotnie strony, czy też osoby trzecie, korzystały z nadzwyczajnych trybów Kpa (Kodeksu postępowania administracyjnego) i występowały w tychże trybach o stwierdzenie nieważności, zarzucając tym decyzjom różne nieprawidłowości. To towarzyszło mojej pracy - odpowiedziała.

 

Lisiecki przytoczył słowa b. szefa BGN Marcina Bajko, który stwierdził, że co piąta decyzja wychodząca z BGN była obarczona wadą, że była podjęta z rażącym naruszeniem prawa. W odpowiedzi Gertruda J.-F. powiedziała, że "może tylko ubolewać, że jej przełożony tak negatywnie oceniał pracę jej i jej wydziału".

 

ked/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze