Horror w gospodarstwie w Miłoszowie. Dzieci bawiły się wśród zwłok padłych zwierząt

Polska

- W gospodarstwie w Miłoszowie (Dolny Śląsk) zwierzęta padały z głodu. Według świadków konały w męczarniach. Wokół posesji unosił się odór padliny - informuje Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Na podwórku, na którym leżały padłe zwierzęta, a szczątki innych wystawały z ziemi, bawiły się dzieci. Ich matce postawiono zarzuty. Pieczę nad rodziną ma objąć ośrodek pomocy społecznej.

Podczas interwencji pracowników Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt stwierdzono, że w oborze przy padłej z głodu krowie stała wychudzona jałówka. Kury wydziobały padłej krowie oko, a inne rozdziobywały pozostałe padłe zwierzęta - świnie i kury. Część padłych zwierząt leżała na gnojowniku, częśc była zakopana na podwórku. 

 

- Brakuje słów na opisanie tego, co zastali inspektorzy w gospodarstwie - podkreślają przedstawiciele inspektoratu. Obrońcy praw zwierząt wykonali zdjęcia gospodarstwa; wiele z nich jest tak drastycznych, że nie zdecydowaliśmy się na ich publikację. 

 

- To był obraz przerażający, bo wszystko było na niewielkim podwórku - powiedział Polsat News Konrad  Kuźmiński z  Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt.

 

 

Dziewięcioro dzieci, pijani wujkowie

 

W trakcie interwencji inspektorzy zastali w gospodarstwie kobietę i jej dziewięcioro dzieci (większość z nich z niepełnosprawnością umysłową) oraz - jak twierdzą - dwóch pijanych i ubrudzonych własnymi odchodami braci jej konkubenta, który odbywa wyrok za przemoc w rodzinie.

 

- Dzieci od miesięcy bawiły się na podwórku, na którym z ziemi wystawały zwłoki zwierząt - informują inspektorzy.

 

Kobieta nie zajmowała się zwierzętami. - To miała być zemsta. Postanowiła po prostu nie karmić zwierząt należących do konkubenta, robiąc mu na złość -  powiedział Polsat News Konrad  Kuźmiński. 

 

O sprawie wiedzieć miała Inspekcja Weterynaryjna w Lubaniu. - Wykazała się całkowitą bezczynnością w zakresie kontroli dobrostanu zwierząt i z tego względu o niedopełnieniu obowiązków służbowych przez Powiatowego Lekarza Weterynarii w Lubaniu zawiadomimy prokuraturę - zapowiedzieli inspektorzy DIOZ.

 

"Policjant założył się z inspektorem"

 

W trakcie interwencji w Miłoszowie obecni byli funkcjonariusze policji, przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, asystenci rodziny oraz pracownicy gminy. 

 

 

Interwencja obrońców praw zwierząt trwała dziewięć godzin. Inspektorzy twierdzą, że akcja mogła trwać krócej, ale "przeszkadzali" w niej funkcjonariusze z pionu prewencji komisariatu w Leśnej.

 

- Przekonywali oni, że nie występowało jakiekolwiek zagrożenia dla zdrowia i życia jeszcze żywych zwierząt, a w związku z tym skutecznie utrudniali oni ich odebranie - informują inspektorzy DIOZ.

 

"Niedouczony policjant wręcz założył się z naszym Inspektorem, że żadne ze zwierząt nie zostanie odebrane z tego miejsca, co zarejestrowała kamera nagrywająca przebieg interwencji" - napisali na Facebooku przedstawiciele DIOZ.

 

"To nie policjanci podejmują decyzję o zabraniu zwierząt"

 

St. asp. Justyna Bujakiewicz-Rodzeń z policji w Lubaniu, która w rozmowie z polsatnews.pl wyjaśnia sprawę działań patrolu policji w Miłoszowie, stwierdziła, że policja otrzymała zgłoszenie o udzielenie pomocy w piątek i wysłano do gospodarstwa patrol z komisariatu w Leśnej. - Zadaniem funkcjonariuszy było dokonanie oględzin - potwierdzili, że znaleziono na posesji padły inwentarz - i przyjęcie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, co uczyniono - zauważa rzeczniczka policji w Lubaniu. 

 

- To nie policjanci podejmują decyzję o zabraniu zwierząt - podkreśla st. asp. Bujakiewicz-Rodzeń. - Decyzję podejmuje burmistrz, dlatego czekano na jego przyjazd - dodała. 

 

Według obrońców praw zwierząt, "pełnym profesjonalizmem" wykazali się burmistrz Leśnej i sekretarz gminy, którzy poparli decyzję o zabraniu zwierząt. 

 

Rodzina pod opieką MOPS

 

Z gospodarstwa zabrano jałówkę, świnie wietnamskie, kozy, królika oraz gołębie i przewieziono do domu tymczasowego prowadzonego przez Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Zwierzęta poddano już leczeniu, ale jego koszt może być znaczy, dlatego rozpoczęto zbiórkę pieniędzy, by zapewnić im fachową opiekę

 

42-letniej matce dziewięciorga dzieci postawiono w sobotę zarzut znęcania się nad zwierzętami, za co grozi do 5 lat pozbawienia wolności. Ma tez zakaz posiadania zwierząt. Takie same zarzuty usłyszał 55-letni brat właściciela posesji.

 

Nad rodziną opiekę ma sprawować Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. 

grz/dro/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze