Proces pracowników pogotowia gazowego. Kilka godzin po ich kontroli wybuchł gaz i zginęła kobieta

Polska

W piątek przed szczecińskim sądem ruszył proces ws. dwóch pracowników pogotowia gazowego. Prokuratura oskarża ich o to, że nie sprawdzili dokładnie szczelności instalacji w budynku, w którym kilka godzin później doszło do wybuchu gazu. W jego wyniku zmarła jedna lokatorka.

Prokuratura oskarżyła Sylweriusza S. i Krzysztofa Sz. o sprowadzenie w budynku mieszkalnym przy ul. Gdyńskiej zdarzenia, które zagrażało życiu lub zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach w postaci eksplozji mieszaniny gazu ziemnego, wskutek czego jedna z lokatorek poniosła śmierć.

 

Zdaniem prokuratury wezwani do ulatniającego się gazu S. i Sz., po sprawdzeniu szczelności instalacji gazowej w piwnicy i na klatce schodowej na parterze budynku, nie zweryfikowali stężenia gazu na pozostałych kondygnacjach budynku i nie sprawdzili stanu instalacji gazowej oraz nie zabezpieczyli miejsca zdarzenia, do czego byli zobowiązani.

 

Pracownicy pogotowia nie przyznają się do winy

 

Oskarżeni nie przyznają się do winy. S. opowiedział przed sadem, jak wyglądała według niego interwencja przy zgłoszonym ulatnianiu się gazu w mieszkaniu nr 1 na parterze budynku.

 

- Sprawdziliśmy aparatem klatkę schodową na parterze i stężenie wyniosło zero - powiedział S. - Weszliśmy do mieszkania nr 1 i zaczęliśmy sprawdzać całą instalację gazową plus kominy wentylacyjne. Po badaniu okazało się, że na trójniku na pionie stwierdziliśmy ulatnianie się gazu na poziomie 200-250 ppm. To jest taka zawartość, że można było przyjąć, że nie ma gazu. Pouczyliśmy panią, żeby otworzyła okno, bo taka ilość gazu nie zagraża życiu ani bezpieczeństwu. Poleciliśmy także, żeby zawiadomiła administrację budynku na następny dzień - dodał.

 

W czasie kontroli nie stwierdzili nieprawidłowości

 

S. powiedział także, że później jego kolega poszedł do piwnicy, a on na pierwsze piętro, gdzie na korytarzu nie stwierdził żadnej ilości gazu. Jak dodał, w piwnicy po badaniu aparatem także nie stwierdził żadnego ulatniania się gazu.

 

- Przy zgłoszeniu ulatniania się gazu w mieszkaniu zgodnie z procedurą sprawdza się tylko dane mieszkanie, ale z naszej inicjatywy dodatkowo poszliśmy na klatkę schodową i do piwnicy - dodał S.

 

Według niego obowiązujące zalecenia są takie, że aby odciąć gaz, jego stężenie musi wynosić powyżej 5 tys. ppm.

 

"Stwierdzone w mieszkaniu stężenie gazu nie mogło doprowadzić do wybuchu"

 

Dolna granica wybuchowości gazu wynosi około 50 tys. ppm, inaczej mówiąc od 5 do 15 proc. mieszanki wybuchowej w powietrzu. Nie ma takiej możliwości, aby , stwierdzone w mieszkaniu nr 1, mogło stworzyć takie stężenie gazu, które doprowadziłoby do powstania mieszanki wybuchowej - wyjaśniał S.

 

- Instrukcje, które obowiązują nas jako monterów w sytuacji, gdy zgłoszenie dotyczy ulatniania gazu w jednym mieszkaniu, nie nakładają na nas obowiązku dokonania sprawdzeń szczelności instalacji w innych mieszkaniach w tym samym budynku - podkreślał S.

 

Za zarzucane czyny oskarżonym grozi kara do 12 lat więzienia.

 

Do wybuchu przy ul. Gdyńskiej na szczecińskim Niebuszewie doszło 19 października 2017 r. tuż po godz. 5.00. Ranna została jedna osoba - lokatorka mieszkania, w którym nastąpiła eksplozja. Kobieta miała poparzone około 60 proc. powierzchni ciała. Zmarła kilka tygodni po zdarzeniu.

 

Z budynku ewakuowano około 30 osób. Wybuch uszkodził trzecią kondygnację oraz poddasze i dach w dwóch klatkach. Całkowicie zniszczył ścianę frontową i tylną, od podwórza, na czwartym piętrze.

 

Do wybuchu gazu w budynku doszło kilka godzin po tym, jak byli tam oskarżeni. Zdaniem prokuratury gaz ulatniał się w mieszkaniu na wyższej kondygnacji i to tam doszło rano do wybuchu.

ked/ml/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze