Wstrzymane przyjęcia do Uniwersyteckiego Szpitala w Białymstoku. "Nie mamy 40 z 62 położnych"

Polska
Wstrzymane przyjęcia do Uniwersyteckiego Szpitala w Białymstoku. "Nie mamy 40 z 62 położnych"
Pixabay.com/ Parentingupstream

Ponad połowa położnych z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku przebywa na zwolnieniach lekarskich, wstrzymane są przyjęcia, pacjentki do porodu są kierowane do szpitala wojewódzkiego w Białymstoku - poinformowano w środę na konferencji prasowej w szpitalu.

Dyrektor USK Marek Karp poinformował, że w związku ze zwolnieniami położnych sytuacja w szpitalu jest "trudna" i zmienna, co godzinę zbiera się sztab kryzysowy, w najgorszej sytuacji - jeśli zajdzie taka konieczność - będzie zamknięty oddział neonatologii.

 

Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku jest największym i najbardziej specjalistycznym szpitalem w województwie podlaskim.

 

Informacje o zwolnieniach położnych z dwóch klinik: Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka oraz z Kliniki Perinatologii i Położnictwa ze szkołą rodzenia wpływają do szpitala od poniedziałku. Położne mają przebywać na zwolnieniach głównie od dwóch do pięciu dni i szpital liczy, że będą wracać do pracy.

 

"Nie mamy 40 położnych z 62 pracujących"

 

Marek Karp powiedział, że szpital nie ma oficjalnej informacji o tym, że sytuacja z położnymi jest jakimś protestem, nie otrzymał żadnych postulatów, dlatego szpital przyjmuje do wiadomości, że położne są chore.

 

- Nie mamy 40 położnych z 62 pracujących na neonatologii, 17 z 32 pracujących na perinatologii i siedmiu z 18 na sali porodowej - poinformowała rzeczniczka szpitala Katarzyna Malinowska-Olczyk.

 

Łącznie na zwolnieniach - do środy w południe - przebywają 64 położne ze wszystkich 125 pracujących w szpitalu. Bez problemów działa jedynie - co podkreślano - oddział reanimacji wcześniaków.

 

Dyrektor szpitala podkreślił, że ma zapewnioną minimalną obsadę położnych na noc ze środy na czwartek i na czwartek, by zapewnić opiekę pacjentom. Zaznaczył, że jeśli zabraknie dwóch położnych, trzeba będzie zamknąć oddziały i przenieść pacjentów do innych placówek.

 

- Najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo tych najmniejszych, najbardziej bezbronnych pacjentów - powiedziała Malinowska-Olczyk.

 

Obecnie w szpitalu przebywa sześcioro dzieci po tzw. porodach prawidłowych, sześcioro dzieci na oddziale wcześniaków, troje dzieci ma być wypisanych.

 

"Liczy, iż położne będą wracać do pracy"

 

Dyrektor USK powiedział, że sytuacja z położnymi zmienia się dynamicznie, zdarzają się sytuacje, że mimo uzgodnień, że np. przyjdą do pracy na dyżur, okazuje się, że wpływają zwolnienia lekarskie, co destabilizuje sytuację.

 

- Jestem przygotowany na to, że w sytuacji braku zabezpieczenia świadczeń położniczych wygaszę funkcjonowanie oddziału neonatologii - powiedział Marek Karp. Zaznaczył, że jest to opcja "niechciana", ale "mocno analizowana".

 

Trwają rozmowy na temat ewentualnego przeniesienia małych pacjentów do innych szpitali.

 

- Jest to ostateczność, którą musiałbym zastosować wtedy, kiedy w grę wchodziłby brak możliwości zabezpieczenia, właściwej opieki w tym miejscu. Wiem, że w przypadku takiej decyzji pozbawiłbym województwo opieki na trzecim stopniu opieki neonatologicznej, zdaję sobie z tego sprawę - mówił Marek Karp, ale zaznaczył, że zostawienie w szpitalu dzieci bez należytej opieki jest "równie groźne".

 

-Nie chcę do tego doprowadzić - mówił Marek Karp.

 

Dyrektor powiedział, że liczy, iż położne będą wracać do pracy, a wtedy będzie przywracał systematycznie normalną pracę. "Na chwilę obecną, to lekarz dyżurny decyduje o tym, czy stan zdrowia uzasadnia nagłą interwencję, jeżeli chodzi o poród" - mówił dyrektor USK.

 

Położne z USK rozsyłają anonimowo do mediów maile, w których opisują różne - niewłaściwe ich zdaniem - sytuacje z oddziałów o tym, że mimo podpisana przez szpital umowy z NFZ na KOC warunki nie są lepsze, a gorsze, przyjmowanych jest więcej pacjentek niż w ubiegłych latach - tak, że personel medyczny nie ma czasu, by we właściwy sposób zająć się wszystkimi pacjentkami, wiele kobiet po porodach nie może przebywać razem ze swoimi dziećmi.

 

Piszą też, że są przemęczone i zestresowane. Piszą, że chcą godnych warunków pracy, rozmów z dyrektorem szpitala, bo na kierowane do niego pisma nie dostają odpowiedzi. Położne piszą, że nie prowadzą teraz protestu, tylko - jak to określono - "dbają o własne zdrowie". Marek Karp odpowiadał, że spotyka się z wieloma grupami zawodowymi, także z położnymi.

las/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze