Opozycyjni politycy siłą usunięci z budynku węgierskiej telewizji

Świat
Opozycyjni politycy siłą usunięci z budynku węgierskiej telewizji
PAP/EPA/BALAZS MOHAI

Z budynku węgierskiej telewizji publicznej siłą wyprowadzono w poniedziałek dwoje opozycyjnych polityków, którzy dostali się tam w nocy w grupie innych polityków po niedzielnej antyrządowej demonstracji - poinformował niezależny portal index.hu.

"Bernadett Szel i Akos Hadhazy (byli współprzewodniczący opozycyjnej partii Polityka Może Być Inna) siłą wyprowadzeni z budynku, pozostali opozycyjni politycy są jeszcze w środku" - podał index.hu.

 

Szel powiedziała, że politycy chcieli tylko, by została odczytana ich 5-punktowa petycja i w tej sprawie zamierzali się spotkać z kierownictwem telewizji. W petycji politycy domagają się natychmiastowego wycofania nowelizacji kodeksu pracy, nazywanego przez nich "ustawą niewolniczą", a także domagają się niezależnych sądów, przystąpienia Węgier do Prokuratury Europejskiej, niezależnych mediów publicznych i zmniejszenia nadgodzin dla policjantów.

 

 

- To jest serce kompletnie absurdalnego, skorumpowanego i brudnego systemu - powiedział o publicznej telewizji Hadhazy. Według niego nie ma sensu mówić o wolnych wyborach, dopóki takie są media publiczne.

 

Zawiadomienie przeciwko opozycjonistom

 

Rzecznik rządzącego Fideszu Balazs Hidveghi uznał w poniedziałek za niedopuszczalne zachowanie opozycyjnych polityków w siedzibie telewizji, kwalifikując je jako próbę siłowej ingerencji w pracę redakcji. Według niego było to nadużycie stanowiska posła i kompetencji, które miało na celu zastraszenie dziennikarzy.

 

Tymczasem nadawca publiczny MTVA poinformował o złożeniu na policji zawiadomienia przeciw obojgu opozycjonistom z powodu nadużycia pełnomocnictw posła.

 

Analityk prorządowego ośrodka Nezoepont Samuel Mraz-Agoston, proszony o skomentowanie sytuacji, gdy politycy opozycji domagają się odczytania ich petycji, powiedział, że próbują oni w ten sposób spełnić oczekiwania swych radykalnych wyborców, ale jest to tylko wąska grupa społeczna.

 

Groźba strajków

 

W poniedziałek przed siedzibą państwowego radia i telewizji w Budapeszcie doszło do kolejnej demonstracji.

 

Był to już piąty od środy protest przeciw posunięciom konserwatywnego rządu Viktora Orbana. Opozycyjna posłanka Bernadett Szel odczytała na nim 5-punktową petycję, w której zawarto postulaty wycofania nowelizacji kodeksu pracy, nazywanego przez przeciwników "ustawą niewolniczą", zagwarantowania niezależności sądów, przystąpienia Węgier do Prokuratury Europejskiej i niezależnych mediów publicznych oraz zmniejszenia nadgodzin dla policjantów.

 

Szef Węgierskiego Zrzeszenia Związków Zawodowych Tamas Szekely zapowiedział, że jeżeli prezydent Janos Ader podpisze nowelizację, dojdzie do strajków.

 

"Ustawa niewolnicza"

 

Obecna fala protestów rozpoczęła się po przyjęciu w środę przez parlament nowelizacji kodeksu pracy, zwiększającej limit godzin nadliczbowych i nazywanej przez przeciwników "ustawą niewolniczą", a także ustawy powołującej sądy administracyjne podporządkowane ministerstwu sprawiedliwości.

 

Zgodnie z nowymi przepisami limit nadgodzin został zwiększony z 250 do 400, przy czym ich rozliczanie w formie dodatkowego wynagrodzenia bądź dni wolnych będzie następować w ciągu trzech lat, a nie tak jak obecnie w ciągu jednego roku. Jeśli zaś chodzi o powołanie sądów administracyjnych, które mają rozpatrywać m.in. sprawy związane z wyborami, korupcją i protestami, przeciwnicy wyrażają obawy, że może to zwiększyć polityczną kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości.

dk/ PAP, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze