Łódź: akt oskarżenia ws. zabójstwa 20-letniej Kai. Jej zwłoki 11 dni przeleżały w wersalce

Polska

Przed łódzkim sądem stanie 30-latek oskarżony o brutalne zabójstwo 20-letniej Kai. Mężczyzna przyznał, że ją udusił, a ciało ukrył w wersalce. Zanim je odkryto minęło 11 dni. Rodzina Kai tuż po jej zaginięciu wskazywała lokal, w którym miała ona przebywać. - Policja zapewniała wówczas, że mieszkanie sprawdziła, co nie było prawdą - informowała w sierpniu ub.r. reporterka Polsat News Ewa Żarska.

Jak wyjaśnia prokuratura krajowa, śledczy ustalili, że w sierpniu siostra 20-latki zaniepokojona brakiem z nią kontaktu złożyła zawiadomienie o jej zaginięciu. Z uzyskanych przez policjantów informacji wynikało, iż kobieta od kilku tygodni była w Łodzi u swojego partnera. Para poznała się w przypadkowych okolicznościach - mężczyzna udzielił jej pomocy, gdy została zaatakowana przez dwóch agresywnych napastników.

 

"Nie ma potrzeby wjeżdżać na górę"

 

Od początku znajomości kobieta wraz ze swoim 2-letnim synem zamieszkała u 30-latka w wynajmowanym przez niego mieszkaniu na osiedlu Teofilów. Mężczyzna miał dobre relacje z jej dzieckiem - kupował chłopcu prezenty, a także opiekował się nim pod nieobecnością kobiety.

 

Podczas poszukiwań 20-latki, w sierpniu ub. roku, policjanci dwukrotnie poszli do mieszkania 30-latka. Pierwszy raz 6 sierpnia, gdy kontakt urwał się także z Arturem W. Zaniepokojona rodzina złożyła wówczas zawiadomienie na policji w Zduńskiej Woli. Po kilku godzinach otrzymała informację, że mieszkanie w Łodzi zostało przeszukane i nie znaleziono w nim nic niepokojącego. Dzień później sprawą zajęła się łódzka policja.

 

Bliscy Kai sami pojechali do Łodzi. Mieszkanie Artura W. było zamknięte. Z lokalu wydobywał się z uciążliwy smród, dlatego wezwali policję. Z relacji Damiana Wiśniewskiego wynika, że funkcjonariusze przybyli wraz ze strażą pożarną i tylko strażak wszedł do mieszkania przez okno. Stwierdził, że nikogo w nim nie ma.

 

- Policjant powiedział, że nie ma potrzeby wjeżdżać na górę - powiedział Damian Wiśniewski.

 

Jak ustaliła reporterka Polsat News policja nie zabezpieczyła monitoringu z klatki i windy w bloku. Nie przesłuchano również sąsiadów Artura W., nie sprawdzono, gdzie logował się do sieci telefon zaginionej Kai, który cały czas miała przy sobie.  

 

"Skłamali w notatkach służbowych"

 

Ewa Żarska przekazywała policji, że z lokalu wciąż wydobywa się nieprzyjemny zapach, ale rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi zapewniała, że na miejscu przeprowadzono już oględziny i nic nie znaleziono. W rzeczywistości właśnie tego dnia mieszkanie przeszukano po raz pierwszy.

 

Policja tłumaczyła, że prowadzący sprawę funkcjonariusze skłamali w notatkach służbowych, potwierdzając, że przeszukali mieszkanie.

 

Gdy funkcjonariusze weszli do mieszkania, znaleźli w nim zwłoki poszukiwanej Kai. Ukryte były w wersalce - w pojemniku na pościel. Były w stanie znacznego rozkładu. Mężczyzny natomiast nie było w mieszkaniu.

 

Prokuratura wydała za nim list gończy. W końcu go zatrzymano. Mężczyzna usłyszał zarzut zabójstwa.

 

Brutalne zabójstwo po kłótni

 

Jak poinformował rzecznik prokuratury okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania, podczas przesłuchania mężczyzna przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Podczas przesłuchań miał wyjaśnić, że w nocy z 14 na 15 sierpnia 2017 roku pomiędzy nim, a 20-latką doszło do awantury. W trakcie kłótni mężczyzna wyszedł do sklepu nocnego po piwo. Po powrocie do domu sytuacja zaogniła się.

 

Doszło do szarpaniny, w trakcie której 30-latek zaczął dusić pokrzywdzoną. Kiedy kobieta przestała dawać oznaki życia ukrył jej ciało w wersalce. Po pewnym czasie, aby mieć pewność, że kobieta nie żyje zakleił jej usta taśmą, związał sznurkiem nogi, a na głowę założył worek foliowy i związał go sznurkiem. Włożył ciało do wersalki, przykrył je kołdrą i położył na niej wiele przedmiotów.

 

Przyznał się do wszystkiego

 

Na wersalce umieścił drugą kanapę. Następnie pojechał z synem kobiety do Zduńskiej Woli, gdzie mieszkała siostra ofiary i przekazał jej dziecko mówiąc, że 20-latka nie jest w stanie zająć się chłopcem z uwagi na dolegliwości bólowe i wyjechał z miasta. Od tego momentu ukrywał się - przebywał w różnych miastach na terenie Polski. Został zatrzymany w województwie zachodniopomorskim.

 

W toku śledztwa podejrzanego poddano został obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Biegli stwierdzili, że w chwili popełnienia zarzucanego mu czynu był on poczytalny. Mężczyzna był już wcześniej karany. Wyroki skazujące zapadły w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

 

Oskarżonemu może grozić kara od 8 do kara 25 lat więzienia albo dożywocie.

 

Jak dodaje Kopania, syn ofiary zgodnie z decyzją sądu przebywa pod opieką swojego ojca, który ma pełnię władzy rodzicielskiej.

 

las/  PAP

las/zdr/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze