Usłyszała: nie umiesz rodzić. Szpital ma zapłacić rodzicom chorego dziecka 1,2 mln zł odszkodowania

Polska

- Lekarz najpierw wyszedł w trakcie skomplikowanego porodu nie reagując na prośby o cesarskie cięcie, a gdy wrócił, położył mi się na brzuchu i wycisnął dziecko - mówi polsatnews.pl Agnieszka Lukowska. Za błąd medyczny i zaniedbanie przy porodzie decyzją sądu szpital miejski w Bydgoszczy ma zapłacić państwu Lukowskim 1,2 mln zł odszkodowania, a ich chorej córce Zuzi wypłacać dożywotnią rentę.

Urodzona w maju 2009 roku Zuzia Lukowska ma dziecięce porażenie mózgowe czterokończynowe. Cierpi również na padaczkę. Nigdy nie stanie na nogi, nie będzie samodzielna. Ma problemy z przełykaniem pokarmów, mówieniem, koordynacją ruchową. Wymaga całodobowej opieki i codziennej rehabilitacji.

 

Była wyczekiwanym dzieckiem

 

Do samego końca ciąży nic nie wskazywało, aby dziecko było chore. Zuzia była dzieckiem planowanym, a ciąża przebiegała prawidłowo. W 40. tygodniu pani Agnieszka i jej mąż pojechali do Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego w Bydgoszczy przygotowani do porodu.

 

 

- Na sali porodowej skurcze mi ustały a lekarz wyszedł bez słowa. Zostałam totalnie zignorowana. Położna, która ze mną została, stwierdziła, że "nie umiem rodzić" - wspomina pani Agnieszka.

 

W pewnym momencie tętno dziecka zanikło. Kobieta poprosiła o cesarskie cięcie, ale jej prośbę zlekceważono. Na sali nie było lekarza, a kiedy już przyszedł miał nakrzyczeć na położną, że nie zawołała go wcześniej. Położył się na brzuchu pani Agnieszki. - W wyniku ucisku dziecko wypadło. Ale coś było nie tak, bo nie reagowało - mówi pani  Agnieszka.

 

I dodaje, że dziecka jej nie pokazano za to na sali porodowej pojawiło się nagle kilkoro lekarzy.

 

- Nikt nic mi nie mówił,  nie wiedziałam, co się dzieje. Nie wiedziałam nawet, jakiej płci jest moje dziecko - opowiada Lukowska, którą po porodzie przewieziono do innej sali, gdzie przebywały matki z noworodkami. 

 

Dopiero po jakimś czasie dowiedziała, że urodziła córeczkę, a serce dziecka przestało pracować i potrzebny był zastrzyk z adrenaliny. Dowiedziała się też, że Zuzia ma dziecięce porażenie mózgowe.

 

Obie z córką zostały w szpitalu przez miesiąc na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. - Uczyliśmy się z mężem m.in. tego, jak obsługiwać sondę, którą była karmiona Zuzia - wspomina.

 

 

"Zuzia cofnęła się rozwojowo do zera”

 

- Do trzeciego roku życia nasza córeczka przeszła wiele rehabilitacji. Próbowaliśmy wszystkiego. Podczas terapii z delfinami okazało się, że nie chcą one podpływać do Zuzi z lewej strony. Terapeuci zalecili nam zrobienie córce badania tomografem - wspomina pani Agnieszka.

 

Badania wykazało stan zapalny w mózgu dziewczynki. Jakiś czas później Zuzia dostała ataku padaczki. - Wszystko, co wypracowaliśmy podczas jej pierwszych trzech lat życia, przepadło. Zuzia cofnęła się rozwojowo do zera - mówi jej mama.

 

Jak wspomina, to był ten moment, w którym po raz pierwszy pomyślała o złożeniu pozwu przeciwko szpitalowi i temu, co wydarzyło się na sali porodowej.

 

Walka w sądzie trwała ponad 5 lat

 

Adwokaci, z którymi wspólnie z mężem rozmawiała, byli sceptyczni co do możliwości wygrania takiej sprawy w sądzie. Jedni mieli przekonywać państwa Lukowskich, że sprawa się przedawniła, inni prosili o wpłatę w wysokości jednego procenta od sumy, o którą chcą walczyć. A na to rodziców Zuzi nie było stać.

 

Sytuacja się zmieniła, gdy skontaktowali się z ginekologiem-położnikiem dr. Ryszardem Frankowiczem, specjalizującym się w opiniach dotyczących błędów lekarskich. - Dopiero on uświadomił nam, że do 20. roku życia dziecka mamy prawo wytoczyć proces cywilny - mówi mama Zuzi.

 

Z pomocą dr Frankowicza pani Agnieszka przygotowała pozew i złożyła go w sądzie. Domagała się uznania odpowiedzialności szpitala za chorobę jej córki i odszkodowania z tego tytułu. - Doktor udzielał wskazówek jak mam się zachowywać w sądzie, do kogo mówić, jakich odpowiedzi udzielać. Byłam pełnomocnikiem Zuzi. Walczyliśmy o nią ponad 5 lat - opowiada.

 

 

"Teraz pomagam innym rodzicom" 

 

Sąd pierwszej instancji uznał racje rodziny Lukowskich i orzekł na ich rzecz 800 tys. złotych odszkodowania. Z wyrokiem nie zgodził się szpital, ani oni sami. - Według nas zasądzona kwota była za niska. Odwołaliśmy się. Podobnie szpital, który chciał umorzenia sprawy - przypomina pani Agnieszka. W złożeniu apelacji pomógł już adwokat.

 

18 września Sąd Apelacyjny w Gdańsku uznał, że doszło do zaniedbań przy porodzie a za błędy odpowiada bydgoski szpital. Zasądził odszkodowanie dla rodziców Zuzi w wys. 1,2 mln zł i miesięczną dożywotnią rentę dla dziewczynki w wys. 1,5 tys. zł. Wyrok jest prawomocny.

 

Jak mówi pani Agnieszka, przedstawicieli szpitala nie było ani podczas pierwszej, ani podczas drugiej sprawy. - Nigdy nie usłyszeliśmy słowa "przepraszam" - przekonuje. I dodaje: Dzisiaj jestem silna. Walka na sali sądowej tego mnie nauczyła. Teraz pomogę innym rodzicom i opiekunom dzieci chorych i niepełnosprawnych. Już zgłaszają się do męża i do mnie osoby, które takiej pomocy potrzebują. Rutyna na porodówkach powinna się wreszcie skończyć.

 

Lukowska zapowiada kolejny pozew, tym razem o zaburzone relacje rodzinne i odszkodowanie na rzecz jej samej, męża i starszej córki.

 

"Ten lekarz nie współpracuje już ze szpitalem"

 

"Mogę zapewnić, iż wszelkie procedury i standardy opieki nad pacjentem w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. dr. Emila Warmińskiego SPZOZ w Bydgoszczy są przestrzegane. Zdarzenie dotyczyło 2009 roku. Poród przyjmował lekarz, który od wielu lat nie współpracuje ze Szpitalem. Zarówno przebieg porodu jak i jego następstwa były przedmiotem ustaleń oraz oceny w toku procesu sądowego - oświadczyła rzeczniczka prasowa szpitala Justyna Straka. 

 

 

Jak nas poinformowała, szpital podejmie "stosowne, przewidziane prawem działania", gdy otrzyma pisemne uzasadnienie wyroku.  

 

polsatnews.pl

Anna Podlaska/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze