Zamiast pracy w Niemczech, długi na wiele lat. Już co najmniej 200 poszkodowanych

Polska

Rozpaczliwy apel o pomoc robotników budowlanych, którzy wyjechali do pracy do Niemiec za pośrednictwem firmy Waldemara K. spod Wrocławia. Przed wyjazdem podpisali weksle, w których zobowiązali się do przekazywania firmie K. 10 proc. zarobków. I choć wkrótce niemal wszyscy wrócili do Polski, bo nie było pracy albo pensji, to teraz każdy z nich musi spłacić K. zobowiązania i to z odsetkami.

W listopadzie program "Interwencja" Polsatu przedstawił historię pracowników budowlanych z Goleniowa, którzy wyjechali do pracy do Niemiec, korzystając z pośrednictwa Waldemara K. Jednym z nich był 46-letni Sławomir Urbaniak. Pośrednik miał pobierać 10 proc. prowizji z jego zarobków. Zabezpieczeniem był weksel na 4 tys. euro, który dzisiaj jest windykowany, mimo że zarobku nie było.

 

Po emisji reportażu do redakcji "Interwencji" zgłosili się kolejni kontrahenci Waldemara K. Oni też jak mówią, po założeniu firm, podpisali umowy z wekslem z firmą Waldemara K. I podobnie jak pracownicy z Goleniowa nie mieli pracy, albo nie dostali za nią pieniędzy. Za to wszyscy mają postępowania egzekucyjne prowadzone przez komorników.

 

Ten sam scenariusz

 

Dzisiaj walczą w sądach. Bohaterów jest wielu, ale historia taka sama.

 

- To był rok 2013. Razem z  Rafałem tu obecnym wyjechaliśmy do Żurawiny do Waldemara K. i tam podpisaliśmy umowę o pracę do Niemiec. Był też weksel. W Niemczech była praca, ale nie było pieniędzy - opowiada Zdzisław Prusicki. Przedsiębiorca z Kielc twierdzi, że nie dostał pieniędzy za cztery tygodnie pracy w Niemczech. Wynikającą z umowy prowizję Waldemarowi K. zapłacił.

 

- Zapłaciłem za pierwsze pieniążki, które dostałem, czyli za 2000 euro i od tego te 10 proc Waldemarowi K. żona wysłała, żeby mieć spokój - dodaje.

 

"Pojechałem do Dortmundu, ale pracy nie było"


Podobne historie spotkały jeszcze ośmiu przedsiębiorców, którzy zgłosili się do redakcji.

 

- Podpisałem i pojechałem do Dortmundu, ale pracy nie było, bo stu Polaków strajkowało i nikt nas nie przyjął. Dzwoniłem w tym dniu, dwa, trzy razy do Waldemara K. Kazał mi też strajkować - wspomina Robert Chojnacki z Torunia.

 

- Przerobiłem te półtora miesiąca, płaciłem mu forsę, poprosiłem go o faktury na tę kwotę i wtedy K. powiedział… żebym sobie w…  Nawymyślał mi, powiedział, że mnie jeszcze uj…e.  No i mnie uj..ł. Potem przyszły sprawy wekslowe. Odwołania nic nie dały - mówi Robert Bis z Nowej Soli.

 

- Miałem wszelkie dokumenty świadczące o tym, że w ogóle nie skorzystałem z usług pana Waldemara K., więc on nie miał żadnej podstawy prawnej, żeby domagać się wierzytelności. Zrobił to seryjnie, jak zrobił z innymi - twierdzi Stanisław Krysztofiak z Wałcza.

 

"Wiemy o około 200 poszkodowanych"

 

- Co tydzień mieli mi płacić, a nikt nie płacił. On kazał zrezygnować, nie pracować, bo wszystko załatwi. No i tak załatwił, że wypisał weksel. Tak wszystko załatwił - dodaje Jacek Kowalski z Nowej Soli.

 

- Wiemy o około 200 osobach poszkodowanych. Podejrzewam, że tych osób może być jeszcze więcej. Mówili, że na niektórych budowach była masa ludzi i większość od pana K. - opowiada Zbigniew Kondratiuk, przedsiębiorca z Hrubieszowa.

 

Ryszard Kwaśniak z Ostrowca Świętokrzyskiego także skorzystał z pośrednictwa Waldemara K. Do pracy w Niemczech wyjechał w lutym 2010 roku. Praca miała być na rok. Mężczyzna wrócił po trzech miesiącach bez pieniędzy. Niedługo potem dostał udaru, stracił mowę. Jest ubezwłasnowolniony. Opiekuje się nim żona, która Waldemara K. spłaca od trzech lat.

 

- Przegrywam i od 2014 roku mężowi z renty pobierają najpierw 420 zł, a od 2016 roku, po tym jak mąż przeszedł na emeryturę, zabierają 530 zł co miesiąc. Ja już mu spłaciłam ponad 18 tys. zł. Dla mnie to są kolosalne pieniądze. Jeszcze w 2016 r. doszedł u męża rak złośliwy jelita grubego. Kłopotów mam multum - opowiada Anna Kwaśniak, żona pana Ryszarda.

 

"Sąd uznał, że zapis umowy jest taki, a nie inny"

 

Kolejny z poszkodowanych Zbigniew Kondratiuk z Hrubieszowa również nie ma pieniędzy. W połowie stycznia jego majątek trafi na licytację. Sąd odrzucił apelację mężczyzny, bo uznał, że powinien listownie poinformować Waldemara K. o problemach na budowie w Niemczech.

 

- Sąd uznał, że zapis umowy jest taki, a nie inny, weksel jest podpisany, więc nie spełniliśmy wymogów, któregoś tam punktu, paragrafu, który mówił, że nie wysłaliśmy mu dokumentów listem poleconym - opowiada pan Zbigniew.

 

Podobny argument podnosił Waldemar K. podczas realizacji pierwszego reportażu "Interwencji" na ten temat.

 

- Nikt mnie nie informował, bo powinni mieć dokumenty na to. Twierdzenie dwóch kolegów, że ktoś tam, gdzieś tam dzwonił, gdzie jest wyraźnie zastrzeżona wyłącznie forma, bezwzględna, listu poleconego, to może 10 świadków przychodzić i mówić, że dzwonili - przekazał K.

 

"Komornik nas niszczy"

 

- Na ten jeden punkt w tej całej umowie się powołał - komentuje Kondratiuk.

Reporterka: A co na to pana rodzina, żona, dzieci?
- Bardzo źle odebrali to. Z żoną jestem po rozwodzie w tej chwili.
- Przez to?
- Między innymi. Dzieci pomagały mi jak mogły, też załamane były, że taka sytuacja. One znały mnie ze strony, że radziłem sobie, a tutaj okazało się, że gdzieś zawiodłem.

 

- W sądzie powiedział nam, że komornik nas zniszczy. I pewnie, że niszczy, strasznie - opowiada Barbara Śmiech, a jej mąż Rafał dodaje: "I powiedział: zobaczysz, jak się będziesz śmiał, jak ci będę dom zabierał".

 

Reporterka "Interwencji" chciała ponownie porozmawiać z Waldemarem K., aby wyjaśnić formułowane przez budowlańców zarzuty. Mężczyzna nie zdecydował się na oficjalną wypowiedź przed kamerą.

 

Sprzedał weksle szwagrowi

 

Robert Chojnacki  z Torunia wygrał sprawę z Waldemarem K. i złożył przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia.

 

Sprawa w prokuraturze toruńskiej z nakazu sądu przeciąga się. Waldemar K., nie mogąc zrealizować tego weksla, sprzedał go szwagrowi. I tak Robert Chojnacki znowu ma zajęty majątek przez komornika.

 

- Zrobiłem prywatny akt oskarżenia, mieliśmy teraz we wrześniu konfrontację z K. i na tym się skończyło. Odesłali papiery do Niemiec, bo K. twierdzi, że ja podpisywałem listę obecności na budowie w Dortmundzie - mówi Chojnacki.

 

"Nie ma znamion przestępstwa"

 

Kontrahenci Waldemara K. oddają sprawy do wielu prokuratur w różnych miastach - wszystkie postępowania zostały umorzone, bo śledczy nie dopatrzyli się znamion przestępstwa.


Przedsiębiorcy mają żal do organów ścigania i do sądów, że nie mogą się wytłumaczyć z zawieranych umów.

 

- Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia Krzyki-Zachód prowadziła dochodzenie dotyczące doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzania mieniem 15 osób, poprzez zawarcie z nimi w latach 2010-2013 umów pośrednictwa przez Waldemara K. Postępowanie to, po przeprowadzeniu wielu czynności, zostało przez prokuratora umorzone, wobec braku znaniom przestępstwa - informuje Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

 

- Jemu chodziło tylko o podpisane weksla in blanco. I prokuratura nie chce się tym zająć, nie chce zbadać, ile spraw jest w centralnej izbie komorniczej, spraw Waldemara K. - komentuje Rafał Dziechciaż, przedsiębiorca spod Torunia.

 

"On tylko z tego żyje"

 

- Też mam pretensję do sądów, że tak to było prowadzone i na dziś jest ponad 40 tys. zł do zapłaty oraz wpis do hipoteki. Sąd w Stalowej Woli, ale była też apelacja w Tarnobrzegu: K. przedstawił, że on przyjechał trzylitrowym samochodem i na to dostał (zwrot kosztów dojazdu – red.)… 700 zł jeszcze mi dołożyli, jego delegację - wspomina Robert Bis ze Stalowej Woli.

 

- To jest jego dochód, on tylko z tego żyje. Wykorzystuje ludzi, którzy są uczciwi, którzy chcą pracować - uważa Rafał Śmiech.

Przedsiębiorcy żyją nadzieją, że sprawa nabierze rozgłosu i śledczy się nią zajmą całościowo.

 

- Chcemy jednego prokuratora, który skupi wszystkie te sprawy i poprowadzi je od początku do końca - mówią.

 

Interwencja

ml/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze