Tykająca bomba ekologiczna pod Zgierzem

Polska

Nawet pół miliona ton niebezpiecznych, chemicznych odpadów, może być składowanych na kilkunastu hektarach pod Zgierzem. Na pofabrycznych terenach stworzono tam trzy olbrzymie składowiska, nad którymi nikt nie ma kontroli.

Schowane na uboczu miasta, niedziałające od lat, zgierskie zakłady barwników "Boruta" na pierwszy rzut oka wyglądają jak normalny las. Ale to tylko złudzenie.

 

Odwiedzającym to miejsce na każdym kroku towarzyszą tony azbestu, w oczy od razu rzuca się również nienaturalny kolor płynącego nieopodal strumyka. Jednak, jak zgodnie przyznają mieszkańcy i aktywiści, najgorsze jest to czego nie widać gołym okiem.

 

"Może skutkować katastrofą ekologiczną"

 

Zdaniem ekologów, na kilkunastu hektarach pod ziemią, zakopanych jest tam około pół miliona ton niebezpiecznych dla środowiska substancji. Teren powinien zostać dawno zrekultywowany. Tak się jednak do tej pory nie stało.

 

- Jeśli doszłoby do wycieku, to skutkowałoby to katastrofą ekologiczną w Zgierzu  - uważa Bartłomiej górski, ekolog, działacz społeczny, badacz historii zakładów "Boruta".

 

W miejscu tym regularnie dochodzi również do samozapłonów. - Zachodzą tam reakcje z gazów, które uwalniają się pod ziemią - tłumaczy Górski.

 

Nikt jednak nie wie dokładnie co zakopano w ziemi. Zdjęcia satelitarne nie pozostawiają jednak wątpliwości, że szkodliwa dla środowiska działalność trwała tutaj przez długie lata.

 

Władze są bezradne

 

Według badań przeprowadzonych w 2005 roku, pod tymi terenami znajduje się zbiornik wody pitnej. Co to może oznaczać dla mieszkańców miasta, nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać.

 

Sytuacją przejmują się mieszkańcy, którzy proszą o pomoc lokalne władze. Tykającej bomby ekologicznej od kilkudziesięciu lat  nie rozbroił żaden z samorządów.

 

Władze tłumaczą, że teren jest prywatny, właściciel zniknął lata temu i dlatego nie można nic z tym zrobić. Trudno jednak wymagać od nich reakcji, skoro w rozmowie z reporterką "Wydarzeń" naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska UM w Zgierzu, Anna Sobierajska przyznała, że władze nie mają wiedzy o tym co jest zakopane w ziemi oraz jak dużo jest tych substancji.

 

"Chodzi o pieniądze"

 

Z powagi sytuacji doskonale zdają sobie za to sprawę przedstawiciele starosty Zgierskiego, jednak nie poczuwają się do odpowiedzialności.

 

- Jako powiat my nie mamy tu żadnych instrumentów to leży w kompetencji marszałka – powiedział Polsat News Wojciech Brzeski ze Starostwa Powiatowego w Zgierzu.

 

Trwa więc przerzucanie się odpowiedzialnością. Marszalek zrzuca odpowiedzialność na wojewodę, a Inspektor Wojewódzki na władze Zgierza. Koło się więc zamyka, a bomba ekologiczna tyka.

 

- Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze - podsumowuje Krzysztof Wójcik dyrektor Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

 

Rekultywacja tego terenu może bowiem kosztować co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych, których póki co nikt nie ma.

 

Polsat News, polsatnews.pl

dk/luq/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze