Protesty po dekrecie Trumpa o zamknięciu granic USA. Zareagował m.in. Facebook, Apple i Twitter

Świat
Protesty po dekrecie Trumpa o zamknięciu granic USA. Zareagował m.in. Facebook, Apple i Twitter
PAP/EPA/Peter DaSilva/Facebook

Jeden z pierwszych dekretów prezydenta USA wywołał kontrowersje i protesty na całym świecie. Po zamknięciu granic dla obywateli siedmiu państw, w których większość stanowią muzułmanie, demonstrują mieszkańcy wielu amerykańskich miast. Swoje niezadowolenie wyrazili również szefowie największych firm z branży technologicznej, m.in. twórca Facebooka Mark Zuckenberg.

Dekret nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych skrytykowali również dyrektor generalny Apple - Tim Cook, dyrektor generalny Google - Sundar Piichal, założyciel Ubera - Travis Kalanick oraz dyrektor generalny Microsoft - Satya Nadella.

 

Ich zdaniem decyzja Donalda Trumpa nie tylko dyskryminuje osoby pochodzące z krajów muzułmańskich, ale również jest szkodliwa dla wzrostu gospodarczego kraju oraz może spowodować braki kadrowe w ich firmach.

 

"Apple nie będzie istnieć bez imigracji"

 

W mailu napisanym do pracowników Tim Cook z Apple podkreślił, że "Apple nie będzie istnieć bez imigracji". Poinformował jednocześnie, że w firmie są pracownicy, których dekret Trumpa dotknął osobiście. "Słyszałem od wielu z was, że jesteście głęboko zaniepokojeni (...). Podzielam wasze obawy. To nie jest polityka, którą wspieramy" - głosi treść maila cytowanego przez ABC News.

Na wpływ dekretu na swoich pracowników zwraca również uwagę Sundar Pichai z Google. "Jesteśmy zaniepokojeni dekretem i innymi propozycjami, które mogłyby nakładać ograniczenia na pracowników Google i ich rodziny" - napisał w mailu do pracowników, cytowanym przez "The Wall Street Journal". "To przykre widzieć osobiste konsekwencje tego dekretu u naszych kolegów" - podkreślił.

 

Pichai przypomniał, że "możliwość przybycia do USA ludzi z całego świata, dla których Ameryka stawała się później domem" przez lata stanowiło ważną cześć polityki Stanów Zjednoczonych.

 

Natomiast Mark Zuckerberg stwierdził, że jest "zaniepokojony" decyzjami Trumpa. "Musimy utrzymać bezpieczeństwo w kraju, ale powinniśmy to zrobić przez skupienie się na ludziach, którzy faktycznie stwarzają zagrożenie" - podkreślił.

 

Podkreślił, że jego dziadkowie przybyli do USA z Niemiec, Austrii oraz Polski, a rodzice jego żony Priscilli byli uchodźcami z Chin i Wietnamu. Stanu Zjednoczone to naród imigrantów, powinniśmy być z tego dumni" - napisał.

 

 

Do sprawy odnieśli się również przedstawiciele Twittera. Na swoim oficjalnym koncie zamieścili wpis z wyrazami wsparcia dla imigrantów. "Twitter jest zbudowany przez imigrantów wszystkich religii"- przypomnieli.

 

 

 

 "Już zaczyna nam wychodzić na dobre"

 

Z dekretu zadowolony jest za to Donald Trump. - Dekret o wstrzymaniu wydawania wiz dla obywateli krajów, których ludność wyznaje islam, nie jest wymierzony w muzułmanów i już zaczyna nam wychodzić na dobre - ocenił w sobotę amerykański prezydent podczas spotkania z dziennikarzami.

 

Dekret Trumpa uderzył też w linie lotnicze. "Służby celne i graniczne Stanów Zjednoczonych odmawiają prawa wjazdu członkom załóg, jeśli mają obywatelstwo jednego z krajów objętych zakazem" - poinformowało Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych.

 

Prezydencki dekret wywołał zamieszanie na lotniskach na całym świecie, gdzie służby celne i imigracyjne starały się poprawnie zinterpretować decyzję Trumpa. Źródła na lotnisku w Bejrucie, stolicy Libanu podały, że linie lotnicze obsługujące połączenia z międzynarodowego portu lotniczego im. Rafika Harariego rozpoczęły wdrażanie postanowień dekretu Trumpa. Chodzi o odmowę wpuszczenia na pokład samolotu podróżujących do USA osób z Syrii, Iraku, Iranu, Somalii, Sudanu, Libii i Jemenu, które nie posiadają zielonej karty.

 

Na międzynarodowym lotnisku w Kairze przewoźnicy zostali oficjalnie poproszeni o uniemożliwianie podróży posiadaczom amerykańskich wiz z siedmiu krajów objętych dekretem do USA - poinformował przedstawiciel linii EgyptAir Hosam Husejn. Jak dodał, pozwolenie na wejście na pokład otrzymują pochodzące z tych krajów osoby z zieloną kartą oraz posiadacze paszportów dyplomatycznych i przedstawiciele rządu.

 

Protesty na lotniskach

 

Krytycznie do dekretu prezydenta Trumpa odnosi się również część amerykańskiego społeczeństwa. Przez Stany Zjednoczone przetoczyła się fala protestów. Demonstracje odbywają się m.in. w Nowym Jorku, Dallas, Seattle, San Francisco i Los Angeles. Ludzie protestują również na lotniskach m.in w JFK w Nowym Jorku, Logan w Bostonie oraz  O'Hare w Chicago.

 

 

Ok. 3 tys. demonstrantów zgromadziło się w sobotę wieczorem (czasu miejscowego) na terenie międzynarodowego lotniska w Seattle, skandując hasła: "Bez nienawiści, bez strachu, imigranci są tu mile widziani" oraz "Wpuśćcie ich".

 

Ponad 2 tys. osób, w tym znana aktorka Cynthia Nixon, zebrały też na międzynarodowym lotnisku JFK pod Nowym Jorkiem. Władze portu lotniczego usiłowały zapanować nad sytuacją, wstrzymując ruch pociągów kursujących do lotniskowych terminali, ale decyzja ta została cofnięta przez gubernatora stanu Nowy Jork, Demokratę Andrew Cuomo, który argumentował, że obywatelom należy zagwarantować prawo do protestowania.

 

Liczące od kilkudziesięciu do ponad 100 uczestników protesty odbywały się też w pobliżu lotnisk w innych miastach, m.in. w Denver, Chicago San Diego czy Portland. W San Francisco kilkuset demonstrantów zablokowało drogę wyjazdową z tamtejszego portu lotniczego, a w Los Angeles ok. 300 osób zorganizowało czuwanie przy świecach i weszło na teren jednego z terminali; jeden z protestujących trzymał zdjęcie trzyletniego syryjskiego chłopca, który zatonął podczas przeprawy przez Morze Śródziemne; jego zdjęcie stało się jedną z ikon kryzysu uchodźczego na Bliskim Wschodzie.

 

 

Jak poinformowała jedna z pozarządowych organizacji walcząca o przestrzeganie praw obywatelskich, na amerykańskich lotniskach "koczuje od 100 do 200 osób z ważnymi wizami, którym odmówiono prawa wjazdu".

 

Sąd przeciwko dekretowi

 

W sobotę sąd federalny w Nowym Jorku wydał zezwolenie na warunkowy pobyt w USA dwóm osobom, którym odmówiono prawa wjazdu na podstawie dekretu. Zgodnie z decyzją sędzi Ann Donnelly, osobom, które przybyły do Stanów Zjednoczonych z ważnymi wizami, zezwolono na pobyt "nadzwyczajny" do czasu ostatecznego rozpatrzenia ich sprawy przez sąd. Oznacza to, że nie można ich deportować z USA.

 

W odpowiedzi na tę decyzję ministerstwo bezpieczeństwa narodowego USA poinformowało, że będzie stosowało się do decyzji sądów, podkreśliło jednak, że w mocy pozostaje prezydencki dekret o zakazie wjazdu dla obywateli kilku krajów.

 

Dekret przeciwko "radykalnym islamskim terrorystom" 

 

Podpisany w piątek dekret prezydencki zawiesza przyjmowanie przez USA do odwołania uchodźców z Syrii oraz przyjmowanie uchodźców z innych krajów na 120 dni. Wyjątkowo przyjmowani mogą być członkowie mniejszości religijnych, zwłaszcza chrześcijanie prześladowani w krajach muzułmańskich.

 

Dekret przewiduje także wstrzymanie przez 90 dni wydawania amerykańskich wiz obywatelom krajów muzułmańskich mających problemy z terroryzmem. Dekret nie wymienia tych państw, ale według ministerstwa bezpieczeństwa narodowego chodzi o Irak, Iran, Syrię, Sudan, Libię, Jemen i Somalię.

 

Według ministerstwa bezpieczeństwa narodowego w pierwszej dobie obowiązywania dekretu prawa wjazdu odmówiono 170 osobom.

 

Celem dekretu, jak podkreślał prezydent Trump, jest zapobieżenie przenikaniu do USA "radykalnych islamskich terrorystów".

 

polsatnews.pl, PAP, abcnews, CNN

dk/ml/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze