Tokio: pożar silnika autobusu przewożącego polskich olimpijczyków

Sport
PAP/Leszek Szymański

Zapalił się silnik w autobusie, którym jechali polscy atleci do wioski olimpijskiej w Tokio. Nikomu nic się nie stało. - Taka rzecz w trasie może zdarzyć się każdemu - skomentował dyrektor sportowy PZLA Krzysztof Kęcki.

- W autobusie zepsuł się silnik. Taka rzecz w trasie może zdarzyć się każdemu - powiedział Kęcki.

 

Jednocześnie uspokajał emocje i stwierdził, że nie było mowy o zapaleniu się autokaru, jak głosiły pierwsze doniesienia, ale po prostu zepsuty silnik zaczął się dymić.

"Każdy z nas jadąc PKS-em przeżył podobną historię"

- Nikomu nic się nie stało. Autobusem podróżowały cztery osoby z naszej ekipy: fizjoterapeuta, młociarz Paweł Fajdek, jego trener Szymon Ziółkowski oraz biegaczka Martyna Galant. Każdy z nas jadąc PKS-em przeżył podobną historię. Nie ma w tym nic sensacyjnego. Pojazd jechał z ośrodka treningowego, w którym polscy zawodnicy przygotowywali się do startu w igrzyskach, do wioski olimpijskiej. Wynajęty autobus to transport dobrej klasy. Przewieźliśmy nim 60-70 osób - wskazał Kęcki.

 

ZOBACZ: Igrzyska w Tokio. Polska ze srebrnym medalem w wioślarstwie kobiet

 

Przyznał, że firma transportowa szybko podstawiła pojazd zastępczy.

 

- Jak autobus psuje się na drodze, to powstaje korek. No i jest to o tyle niekomfortowe, że trzeba poczekać jakiś czas przy drodze. Nie mam więcej do przekazania w sprawie zepsutego auta - powiedział Kęcki.

 

Polscy sportowcy podróżujący autobusem dotarli do wioski olimpijskiej z ok. półtoragodzinnym opóźnieniem - podał se.pl, który jako pierwszy poinformował o zdarzeniu. 

jo/SE.pl/polsatnews.pl/PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!