Tak jak ujawnianie, że Harvey Weinstein - jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych producentów filmowych Hollywood - dopuścił się molestowania licznych kobiet, w tym światowej sławy aktorek, przyczyniło się do globalnego ruchu na Twitterze hasztag MeToo ( "ja także"). Podobne skandale w Kongresie i w innych instytucjach politycznych przyczyniły się do narodzenia się wśród Amerykanek postawy, którą można by zdaniem publicystów nazywać postawą #WhyNotMe - "dlaczego nie ja". Chodzi oczywiście o "dlaczego nie ja miałabym ubiegać się o urząd".

 

Liczby mówią same za siebie. Jak wynika z danych Emily's List - największej, amerykańskiej, ponadpartyjnej, pozarządowej organizacji, której celem jest polityczna mobilizacja kobiet, w ciągu 10 miesięcy poprzedzających ubiegłoroczne wybory prezydenckie w listopadzie, od stycznia do końca października ub. roku z Emily's List skontaktowało się ok. 1000 kobiet zainteresowanych ubieganiem się o urząd z wyboru bądź innymi rodzajami działalności politycznej.

 

Od wyborów 8 listopada ub. w ciągu roku, do Emily’s List zgłosiły się 22 tysiące kobiet zainteresowanych aktywnym zaangażowaniem się w politykę na szczeblu lokalnym, stanowym i federalnym.

 

Podobny rekordowy wzrost aktywności politycznej kobiet i zainteresowania Amerykanek uprawianiem polityki zanotował Ośrodek Amerykańskich Kobiet i Polityki (Center for American Women and Politics) Uniwersytetu Rutgers w stanie New Jersey.

 

Mniej chętnych w Partii Republikańskiej 

 

Zdecydowaną większość wśród tych debiutantek w polityce stanowią kobiety związane z Partią Demokratyczną, co bardzo źle wróży szansom Partii Republikańskiej na utrzymanie obecnej kontroli Izby Reprezentantów i Senatu.

 

Jak wynika ze statystyk Ośrodka Amerykańskich Kobiet i Polityki Uniwersytetu Rutgers w przyszłorocznych wyborach do miejsca w Izbie Reprezentantów zamierza ubiegać 291 kobiet, które należą do Partii Demokratycznej - prawie 5 razy więcej niż 63 kobiety, które zamierzają ubiegać się o mandaty poselskie w Izbie Reprezentantów. Podobna dysproporcja pomiędzy członkiniami Partii Demokratycznej, a republikankami istnieje wśród kobiet, które w listopadzie przyszłego roku zamierzają ubiegać się o wybór na 6 letnią kadencję do Senatu.

 

Ale to nie koniec złych wiadomości dla Partii Republikańskiej. Tradycyjnie w wyborach przeprowadzanych w dwa lata po wyborze prezydenta na 4 letnią kadencję, dlatego zwanych "wyborami środka kadencji" (midterm election) sprawdzianowi urny wyborczej podlegają wszystkie 435 mandaty poselskie Izby Reprezentantów i 1/3 mandatów (34 lub 33) Senatu liczącego 100. senatorów.

 

"Plebiscyt popularności urzędującego prezydenta" 

 

Z reguły w wyborach "środka kadencji", nazywanych także "plebiscytem popularności urzędującego prezydenta", partia posiadająca kontrolę Białego Domu, a więc obecnie GOP, traci głosy w Kongresie.

 

W ostatnich 21. wyborach przeprowadzonych w środku 4 letniej kadencji prezydenta, partia, której przedstawiciel sprawował urząd prezydenta traciła przeciętnie 30 mandatów w Izbie Reprezentantów i 4 miejsca Senacie.

 

Odniesienie przez GOP takich "przeciętnych strat” w "wyborach środka kadencji" w 2018 roku, oznaczałoby dla republikanów utratę posiadanej w obecnym Kongresie 115 kadencji większości w Izbie Reprezentantów i w Senacie, a tym samym możliwość zablokowania przez Partię Demokratyczną planów ustawodawczych prezydenta Trumpa, do następnych wyborów prezydenckich w roku 2020.

 

PAP