W wywiadzie dla katalońskiego radia publicznego Puigdemont stwierdził, że wszystkie partie w regionie powinny zjednoczyć się przeciwko działaniom Madrytu, który zawiesił autonomię Katalonii. Były szef regionalnych władz wezwał też hiszpański rząd do zawieszenia artykułu 155 hiszpańskiej konstytucji, który premier Mariano Rajoy uruchomił w ub. miesiącu, by przejąć kontrolę nad regionem przed zaplanowanymi na 21 grudnia wyborami do parlamentu w Barcelonie.

 

- Idealna byłaby szeroka regionalna lista partii (...), które opowiadają się za demokracją i wolnością - powiedział Puigdemont. Wymienił swoją centroprawicową Demokratyczną Europejską Partię Katalonii (PDeCAT), antykapitalistyczną Kandydaturę Jedności Ludowej (CUP), lewicowe Podemos i Republikańską Lewicę Katalonii (ERC).

 

- Państwo hiszpańskie dokonuje brutalnych represji. Jeśli nie będziemy razem ich zwalczać, to państwo hiszpańskie może wygrać tę walkę - oznajmił.

 

Ugrupowania popierające secesję Katalonii chcą, aby wybory do regionalnego parlamentu stały się faktycznym referendum ws. niepodległości regionu.

 

Partie proniepodległościowe z niewielką przewagą


PDeCAT Puigdemonta i ERC jego zdymisjonowanego i przebywającego w tymczasowym areszcie zastępcy Oriola Junquerasa w weekend zapowiadały, że mogą razem startować w wyborach. Jednak ich ewentualny sojusz musi zostać zarejestrowany do północy we wtorek, a szanse na pokonanie różnic do tego czasu wydają się niewielkie.

 

Rzecznik ERC Sergi Sabria oznajmił w poniedziałek, że jego partia nie wyklucza koalicji z PDeCAT, ale zgodzi się na nią pod warunkiem, że przyłączą się do niej inne ugrupowania, w tym CUP. Tymczasem CUP nie zdecydowała jeszcze, czy w ogóle wystartuje w wyborach.

 

Z sondaży wynika, że partie popierające oderwanie się Katalonii od reszty Hiszpanii zdobędą 21 grudnia wystarczającą liczbę głosów, by mieć nieznaczną większość mandatów w katalońskim parlamencie. Startowanie razem zwiększyłoby ich szanse.

 

W wywiadzie Puigdemont zapewnił, że jest gotów na ekstradycję do Hiszpanii i że zdaje sobie sprawę, że zarówno on, jak i jego współpracownicy mogą "skończyć w hiszpańskich więzieniach".

 

Były premier Katalonii tłumaczył też, że jego pobyt w Belgii służy "maksymalnemu umiędzynarodowieniu tego, co się dzieje" w Katalonii.

 

PAP