Od 8 do 20 lipca w nadmorskiej miejscowości Łazy odbywały się kolonie dla dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Na turnusie była ośmioosobowa grupa wychowanków domu dziecka w Wojsławicach.

 

- Była jedna opiekunka z ramienia domu dziecka, która szczególną uwagę miała zwrócić tylko na swoich wychowanków. Pierwszym incydentem było, jak w drugi dzień przyszła do mnie dziewczynka z domu dziecka i powiedziała, że chłopczyk uderzył panią w twarz. Zapytałam chłopca, co się stało. Powiedział, że pani pociągnęła go za ucho i taka była jego reakcja - opowiada reporterowi "Interwencji" Mariola Gepfert, wychowawczyni kolonijna.

 

11 lipca jedno z dzieci z domu dziecka, 7-letni chłopiec, zaczepiał innych i nie chciał podporządkować się poleceniom swojej wychowawczyni. Kobieta postanowiła rozwiązać problem po swojemu.

 

"Zamknęła drzwi i okno łazienki, żeby nic nie było słychać"

 

- Siedzieliśmy w pokoju, gdy dziewczynki zaczęły krzyczeć, że chłopczyk kogoś bije. Wybiegłam na balkon, ale zauważyłam, że ta pani (wychowawczyni) interweniuje. Stwierdziłam, że jeżeli to jest jej podopieczny, to po co robić niepotrzebne zamieszanie i zostałam u góry. Potem widziałam, jak szarpie chłopaka do pokoju, zamknęła drzwi i okno łazienki, żeby nic nie było słychać. Chłopczyk krzyczał na cały ośrodek. To zwróciło uwagę wszystkich. Krzyczał: "nie!" - relacjonuje Mariola Gepfert, wychowawczyni kolonijna.

 

To fragment nagrania rozmowy Marioli Gepfert z pobitym chłopcem:

 

- Jak to było? Pani Marzenka cię odciągnęła od dziewczyn, tak? I co potem zrobiła?
- Wkurzyła się na mnie.
- I wzięła cię do pokoju?
- Tak i uderzyła.
- Uderzyła cię w twarz, tak?
- Tak, ręką.

 

"Nigdy w życiu żadnego dziecka nie uderzyłam"

 

Marzena T., wychowawczyni z domu dziecka w Wojsławicach twierdzi, że jest niewinna.

 

- To dziecko jest agresywne, bierze leki. Nigdy w życiu żadnego dziecka nie uderzyłam. Ani swojego, ani dzieci w placówce. Nie wiem, dlaczego on tak mówi. To dziecko jest zdiagnozowane, jest z deficytami, jest agresywne. Na terenie naszej placówki bardzo często wpadał w furię. On się cały czas bił, prowokował i wszczynał bójki - twierdzi Marzena T.

 

- Następnego dnia na śniadaniu razem z panią kierownik zauważyłyśmy ewidentny ślad po uderzeniu na twarzy chłopca - opowiada Mariola Gepfert, wychowawczyni kolonijna.

 

"Interwencja" ustaliła, że wychowawczyni, która - jak twierdzi chłopiec - uderzyła go, pracowała wcześniej jako koordynator ds. rodziny w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Zduńskiej Woli. Była odpowiedzialna właśnie za nadzór nad dziećmi.

 

- Ale to nie jest przedmiotem w tej sprawie, tak że nieważne, gdzie ja pracowałam wcześniej. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Każdą pracę wykonywałam sumiennie - zapewnia Marzena T.

 

Sprawą zajęła się prokuratura

 

Pani Mariola i pozostali wychowawcy postanowili powiadomić policję. Chłopiec został poddany obdukcji, a śledztwo wszczęła prokuratura. Ze wstępnych ustaleń wynika, że to zdarzenie może być tylko fragmentem większej całości. Pani Mariola zarejestrowała rozmowy również z innymi wychowankami domu dziecka i na portalu społecznościowym umieściła informację o całym zajściu.

 

- Sprawa została 21 lipca wysłana do Zduńskiej Woli, bo ten epizod, który się tu przydarzył, to jest element prawdopodobnie większej całości - informuje Zuzanna Ostrowska z Prokuratury Okręgowej w Koszalinie.

 

"Sprzedał klapsa i pod zimną wodą kąpał"

 

To fragment rozmowy z wychowanką domu dziecka w Wojsławicach:

 

- Skarżył ci się ktoś kiedyś, że został uderzony? 
- K., jak miała fochy, to pan Marcin ją wziął, sprzedał klapsa i pod zimną wodą kąpał. Krzyczała na cały dom dziecka.

 

To fragment innego nagrania:

 

"No żal mi jest K., że ją wywalają na dwór. Jeszcze straszą ją jakimiś dziadami. Starszaki ubierają kaptur i się ubierają za żuli. I ona później płacze. I dopiero po jakiejś godzinie ją otwierają. Albo straszą ją pogotowiem."

 

- Kiedy udostępniłam post na portalu społecznościowym, odezwało się dużo ludzi i z tej miejscowości, i z różnych innych. Osoby z domu dziecka opisywały, w jaki sposób były traktowane - opowiada Mariola Gepfert, wychowawczyni kolonijna.

 

"Nie ma przyzwolenia na żadne akty przemocy"

 

- Nie chciałabym, żeby incydent, który miał miejsce na koloniach, zaważył na całokształcie pracy placówki - mówi przedstawicielka dyrekcji domu dziecka w Wojsławicach.


Reporter: wie pani, sprawa jest o tyle trudna, że ta pani, która udostępniła zdjęcie pobitego dziecka, nagrała rozmowę z nim, ale też pytała inne dzieci o standardy postępowania w kierowanej przez panią placówce i to jest problem. Te dzieci mówiły, że jak pani jest zła, to bije, a jak jest bardzo zła, to wsadza pod zimny prysznic.

 

Przedstawicielka dyrekcji domu dziecka: chciałabym, żeby panowie wiedzieli, że nie ma przyzwolenia na żadne akty przemocy.

 

Marzena T. została podobno odsunięta od swoich obowiązków w placówce.

 

- Oficjalne informacje na dzień dzisiejszy są sprawdzane przez organy upoważnione i na tym etapie czekamy na odpowiedź tych organów – mówi Marcin Łabędzki, wicestarosta powiatu zduńskowolskiego.

 

- Boje się, że coś takiego zostanie zakopane, zapomniane, a wiem, że problem może nie dotyczyć tej jednej placówki i tylko tej jednej osoby. To jest problem na skalę kraju i jestem tego pewna - podsumowuje Mariola Gepfert, wychowawczyni kolonijna.

 

Interwencja