Ojciec Szymona - Jarosław R. został skazany na 12 lat, matka - Beata Ch. na 10 lat. Ich syn zmarł 7 lat temu w wyniku obrażeń po silnym uderzeniu w brzuch. Katowicki sąd okręgowy uznał, że chłopiec zginął w wyniku zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Obrona zapowiada apelację od wyroku. Odwołania nie wyklucza także prokuratura, która domagała się po 15 lat więzienia dla oskarżonych.

 

Prokuratura zarzuciła obojgu rodzicom zabójstwo z tzw. zamiarem ewentualnym. Według oskarżenia, nie udzielając dziecku pomocy mimo ciężkich obrażeń, godzili się na jego śmierć. Prokurator żądał dla obojga oskarżonych po 15 lat pozbawienia wolności.

 

Trop wskazała sąsiadka

 

Obrona przekonywała, że rodzice Szymona nie mogli zakładać i nie mieli świadomości, że dziecko może umrzeć, a zarzut zabójstwa jest sprzeczny z faktami. Domagali się innej, łagodniejszej kwalifikacji prawnej. Sąd przychylił się do stanowiska prokuratury.

 

Policja długo nie mogła ustalić, kim jest znalezione w stawie dziecko. Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone w kwietniu 2012 r. z powodu niewykrycia sprawców. Do sprawy wrócono, gdy do ośrodka pomocy społecznej w Będzinie zgłosiła się osoba, która twierdziła, że od dawna nie widziała dziecka sąsiadów.

 

Rodziców chłopca zatrzymano dopiero w czerwcu 2012 r. Śledztwo ws. śmierci dziecka prowadziła Prokuratura Okręgowa w Bielsku-Białej.

 

Cierpiał, ale go nie ratowali

 

Do tragedii doszło pod koniec lutego 2010 r. Według prokuratury to ojciec uderzył dziecko, bo było płaczliwe i nie wykonywało poleceń. Po ciosie stan Szymona sukcesywnie się pogarszał - dziecko doznało pęknięcia jelita cienkiego. Wywiązało się ropne zapalenie otrzewnej.

 

Przez cztery dni od uderzenia chłopiec płakał, nie chciał jeść i pić, miał biegunkę. Na kilka godzin przed śmiercią oskarżony miał ponownie uderzyć syna w brzuch. Z ustaleń biegłych wynika, że gdyby rodzice po wystąpieniu objawów chorobowych poszli z Szymonem do lekarza, zapobiegliby jego śmierci. Taka szansa istniała jeszcze na kilka godzin przed zgonem.

 

Wieźli w bagażniku

 

Jeszcze w dniu śmierci Szymona rodzice przewieźli jego zwłoki samochodem do Cieszyna, gdzie porzucili je w stawie. Do auta zabrali też pozostałą dwójkę wspólnych dzieci - dziewczynki: 4-letnią i niespełna roczną. Szymon został kompletnie ubrany, odpowiednio do pory roku. Został włożony do torby i przewieziony w bagażniku, a następnie położony przez matkę na krawędzi stawu.

 

Policja długo nie mogła ustalić, kim jest znalezione w stawie dziecko. Prowadzone po znalezieniu ciała śledztwo zostało umorzone w kwietniu 2012 r. z powodu niewykrycia sprawców. Sprawa wyszła na jaw, gdy do ośrodka pomocy społecznej w Będzinie zgłosiła się osoba, twierdząc, że od dawna nie widziała dziecka sąsiadów. Rodziców chłopca zatrzymano dopiero w czerwcu 2012 r.

 

 

PAP