Gdański sąd apelacyjny uznał, że w toku postępowania przed sądem niższej instancji oskarżony nie kwestionował, że jego żona płonęła. Sąd uznał też, że kara dożywocia wymierzona przez sąd niższej instancji jest karą "sprawiedliwą i słuszną", przychylił się też do opinii sądu I instancji, że w sprawie tej nie zachodzą okoliczności łagodzące.

 

Wyrok gdańskiego SA jest prawomocny.

 

W sierpniu 2016 r. Sąd Okręgowy w Bydgoszczy skazał Marcina Ch. na karę dożywotniego więzienia, uznając, że dokonał on zabójstwa żony w sposób celowy i zaplanowany. Obrońca oskarżonego wniósł o uchylenie wyroku i przekazanie sprawy do ponownego rozpatrzenia przez sąd.

 

25 maja br., w trakcie rozprawy odwoławczej przed gdańskim SA obrońca oskarżonego Antoni Koprowski wskazywał m.in., że w przypadku Marcina Ch. ma miejsce "rażąca niesprawiedliwość orzeczenia". - Aby orzec karę dożywotniego pozbawienia wolności, postępowanie sądowe musi być krystalicznie czyste. U podstaw wyroku sądu I instancji legło zachowanie oskarżonego, który widząc, jak jego małżonka zamieniła się w słup ognia, miał siedzieć na schodach i się temu przyglądać - tak zeznało dwóch świadków. Z tego miejsca jednak, w jakim wtedy przebywali, nie mogli oni widzieć całego zdarzenia - mówił adwokat.

 

Kobieta powiedziała lekarzom, że to mąż ją podpalił

 

Zdaniem obrońcy, sąd nie dał zaś wiary zeznaniom małoletniej córki ofiary, mówiącej o tym, że rodzice "kłócili się i szarpali", a także, że widziała "mamę poparzoną, ale nie płonącą".

 

Prokuratura wniosła do SA o utrzymanie w mocy kary dożywotniego więzienia. W pierwszym procesie przed bydgoskim sądem prokuratura domagała się dla Marcina Ch. 25 lat więzienia.

 

Do zdarzenia doszło 28 marca 2015 r. w Koronowie (Kujawsko-Pomorskie) - w domu, w którym mieszkał Marcin Ch. z żoną Natalią Ch. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, zobaczyli ciężko poparzoną kobietę. Zatrzymany Marcin Ch. przyznał, że to on doprowadził do tej sytuacji, wyjaśniał jednak, że była to sprawa przypadku. Twierdził, że jego żona przyniosła do piwnicy kilkulitrowy baniak z rozpuszczalnikiem, następnie między obojgiem doszło do szamotaniny, substancja się rozlała, a potem nagle pojawił się ogień.

 

Natalia Ch. zmarła w szpitalu specjalistycznym dziewięć dni później - poparzenia objęły 70 proc. ciała. Udzielającym jej pomocy lekarzom powiedziała, że to mąż oblał ją rozpuszczalnikiem i podpalił.

 

PAP