"Przez pięć lat wydawało się, że ruch opozycyjny (w Rosji) właściwie zamarł. W niedzielę powrócił do życia. Od Kaliningradu po Władywostok, tysiące ludzi maszerowały w największych demonstracjach od czasu protestów z przełomu lat 2011/2012 przeciw fałszerstwom w wyborach parlamentarnych i powrotowi Władimira Putina na Kreml" - podkreśla "FT" w komentarzu redakcyjnym.

 

"Euforia po aneksji Krymy wygasa"

 

Brytyjski dziennik wskazuje przy tym na różnice: "Zamiast skupiać się na Moskwie i drugim co wielkości Petersburgu, demonstracje przyciągnęły tłumy w ok. 80 miastach, często wbrew policyjnym zakazom. Udział wzięło w nich wielu młodych ludzi", którzy nie pamiętają już czasów, gdy Putin nie był przywódcą kraju. Ponadto, w przeciwieństwie do zdominowanych przez klasę średnią protestów w 2011 i 2012 roku, w niedzielnych wiecach uczestniczyło wielu mniej zamożnych obywateli, rozgniewanych z powodu pogarszających się warunków życia po kilku latach stagnacji.

 

"Wydaje się, że euforia po anektowaniu (ukraińskiego) Krymu wygasa" - ocenia "FT".

 

Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu mediów społecznościowych i dogłębnym śledztwom badającym korupcję elit przywódca niedzielnych protestów, walczący z korupcją adwokat i bloger Aleksiej Nawalny zdołał "upolitycznić młodych Rosjan" oraz udowodnił, że dysponuje w kraju "skuteczną siecią" zwolenników.

 

"Odradzający się ruch protestu to duże wyzwanie dla władzy"

 

"Wszystko to zaskoczyło Kreml, co widać po niezdarnej oficjalnej reakcji (na protesty), a sceny pokojowo protestujących ludzi odciąganych siłą przez moskiewską policję przypomniały wcześniejsze sceny na Białorusi, (gdzie władze) mniej dbają o ukrywanie swego autorytarnego charakteru" - wskazuje gazeta.

 

W jej ocenie "wydaje się, że na razie rosyjskie protesty nie przerodzą w coś, co mogłoby zagrozić stabilności rządu. Kreml z pewnością na to nie pozwoli. (...) Jednak odradzający się ruch protestu to (dla władzy) duże wyzwanie na rok przed wyborami prezydenckimi, które według wszelkich oczekiwań miały zapewnić Putinowi czwartą prezydencką kadencję".

 

Z kolei "Washington Post" zamieścił we wtorek artykuł redakcyjny pod tytułem "Krytycy rosyjskiego reżimu są zabijani, ale ich protestu nie da się zabić". Amerykański dziennik przypomina w nim losy Denisa Woronienkowa, byłego deputowanego parlamentu Rosji, który zbiegł na Ukrainę i tam stał się krytykiem Putina, oraz Nikołaja Gorochowa, prawnika matki Siergieja Magnitskiego, który ujawnił oszustwa finansowe rosyjskiej władzy, a później zmarł w więzieniu. Woronienkow został 20 marca zabity przed hotelem w Kijowie, a Gorochow odniósł poważne obrażenia po upadku z okna swego mieszkania.

 

"Między państwem a społeczeństwem w Rosji powstał rozdział"

 

"To zaledwie ostatnie ogniwa w długim łańcuchu przemocy i śmierci, które towarzyszą krytykom Putina i jego reżimu" - wskazuje "WP".

 

Zdaniem gazety ostatnie protesty - zorganizowane przez Nawalnego, który "wytrwale kwestionuje uczciwość rosyjskich przywódców mimo ponawianych prymitywnych prób uciszenia go za pomocą procesów w wyssanych z palca sprawach" - pokazują, że "po raz kolejny między państwem a społeczeństwem w Rosji powstał rozdział".

 

"Państwo pozostaje w rękach Putina i jego kolesi, którzy będąc u władzy, bogacą się, neutralizują wrogów i wzywają policję do dławienia sprzeciwu. Społeczeństwo rosyjskie, a przynajmniej jego część, widzi, czym naprawdę jest reżim Putina. W niedzielę na ulicach (rosyjskich miast) nie dało się odebrać im tego osądu ani zabić ich sprzeciwu" - konkluduje "Washington Post".

 

PAP