Apelację złożyli obrona oraz oskarżyciel posiłkowy Jarosław Kaczyński.

 

Apelacji od wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie nie złożyła zaś Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga, która oskarżała Bielawnego. On sam od początku mówił, że jest niewinny i wnosił o uniewinnienie.

 

- Sprawa jest wyznaczona w składzie trojga sędziów na 31 marca - powiedział w środę sędzia Jerzy Leder, rzecznik SA ds. karnych. Poinformował, że wpłynęły apelacje obrony oraz oskarżyciela posiłkowego Jarosława Kaczyńskiego.

 

Rozprawa z wyłączeniem jawności


Sędzia zaznaczył, że sama rozprawa apelacyjna odbędzie się z wyłączeniem jawności (proces w SO był w dużej mierze niejawny z powodu konieczności zachowania w tajemnicy zasad działań ochronnych BOR – red.). Dodał, że wyrok, zgodnie z prawem, zostanie ogłoszony jawnie.

 

Bielawnego oskarżono o niedopełnienie obowiązków związanych z planowaniem, organizacją i realizacją zadań ochronnych Biura Ochrony Rządu. Według prokuratury, "skutkowało to znacznym obniżeniem bezpieczeństwa ochranianych osób, czym działał na szkodę interesu publicznego, tj. zapewnienia ochrony prezydentowi RP i prezesowi Rady Ministrów" oraz interesu prywatnego osób pełniących urząd prezydenta, jego małżonki oraz urząd premiera. Drugi zarzut to poświadczenie nieprawdy w dokumentach, że fotograf współpracujący z BOR jest funkcjonariuszem Biura w delegacji do Smoleńska. Za ten drugi zarzut grozi do 5 lat więzienia; za pierwszy - do 3 lat.

 

Nie przyznał się do zarzutu


W śledztwie Bielawny nie przyznał się do zarzutu i odmówił wyjaśnień. Po przedstawieniu zarzutów w lutym 2012 r. ówczesny szef MSW Jacek Cichocki zdymisjonował go ze stanowiska wiceszefa BOR. Akt oskarżenia prokuratura skierowała do sądu w czerwcu 2012 r.

 

Podstawą oskarżenia były opinie dwóch biegłych, według których m.in. sposób organizacji i realizacji działań ochronnych był niezgodny z zasadami BOR. Według nich Bielawny odpowiada m.in. za "świadome odstąpienie" od rozpoznania przez BOR lotniska w Smoleńsku; nieobecność BOR na nim oraz niesprawdzenie tras przejazdu prezydenta. Prokuratura wnosiła o karę 2 lat więzienia w zawieszeniu; 10 tys. zł grzywny oraz 10 lat zakazu zajmowania stanowisk w państwowych służbach ochrony. Obrona chciała uniewinnienia.

 

1,5 roku w zawieszeniu na 3 lata


W czerwcu 2016 r. SO - po dwuletnim procesie - skazał Bielawnego za oba zarzuty na karę łączną 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata, 10 tys. zł grzywny i 5-letni zakaz zajmowania stanowisk w państwowych służbach ochrony. SO uznał, że umyślnie nie dopełnił on obowiązków, czym spowodował zagrożenie dla ochrony prezydenta i premiera.

 

Sąd wyliczał, że oskarżony m.in. "dopuścił do przeprowadzenia przez dowódcę obu zabezpieczeń nienależytej analizy zadania nieuwzględniającej zagranicznego charakteru obu zabezpieczeń"; "dopuścił do wyznaczenia nienależytego składu grupy rekonesansowej"; "odstąpił od przeprowadzenia przez funkcjonariuszy BOR przed 7 kwietnia 2010 r. rekonesansu z udziałem funkcjonariuszy rosyjskich służb ochrony miejsca planowanego lądowania"; "dopuścił do zaniechania pozyskania wszystkich niezbędnych informacji o sposobie zabezpieczenia przez stronę rosyjską obu wizyt w zakresie określania zasad współdziałania ze służbami gospodarza"; "zatwierdził zaniżony stopień zagrożenia obu wizyt" oraz "dopuścił do odstąpienia od zorganizowania ochrony miejsc bazowania samolotów specjalnych Tu-154 na smoleńskim lotnisku".

 

Żadne dowody nie wskazywały na hipotezę zamachu


Sędzia Paweł Dobosz w uzasadnieniu wyroku podkreślał, że powszechną wiedzą podmiotów współorganizujących obie wizyty - w tym kancelarii premiera i kancelarii prezydenta - było to, że Smoleńsk-Siewiernyj było "lotniskiem zamkniętym". Tymczasem, według instrukcji HEAD, lądowanie samolotów z VIP-ami mogło następować tylko na lotniskach czynnych - dodał sędzia. Z przytoczonych przezeń zeznań świadków wynikało, że Rosjanie zapewniali stronę polską, iż lotnisko będzie czynne na wizyty premiera i prezydenta. Sąd uznał, że w tej sytuacji podmioty współorganizujące obie wizyty nie powinny w ogóle rozważać tego lotniska jako miejsca lądowania VIP-ów.

 

Sędzia mówił też, że nie ma podstaw, by uznać, że przyczyną katastrofy był zamach przy użyciu materiałów wybuchowych, a BOR prawidłowo sprawdził pod tym kątem Tu-154 przed lotem. Żadne dowody będące w dyspozycji sądu nie wskazywały na hipotezę zamachu; tym samym nie ma podstaw do twierdzenia, że BOR tej katastrofie nie zapobiegło - dodał.

 

Wyrok jest "zupełnie słuszny co do uznania winy"


Zaraz po wyroku prok. Józef Gacek mówił, że wyrok jest "zupełnie słuszny co do uznania winy". Zapowiedział, że wystąpi do sądu o pisemne uzasadnienie wyroku, bo chce poznać jego pełną argumentację. Bielawny nie komentował wyroku.

 

Był to pierwszy wyrok sądu karnego związany z katastrofą w Smoleńsku. "Mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej wyroków" - komentował wtedy Jarosław Kaczyński. Przed tym samym sądem trwa proces karny - z oskarżenia prywatnego części rodzin ofiar katastrofy - pięciorga urzędników (w tym b. szefa KPRM Tomasza Arabskiego) o niedopełnienie obowiązków przy organizacji lotu prezydenta (za co grozi do 3 lat więzienia).

 

Katastrofa smoleńska


10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku w katastrofie Tu-154M zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka. Śledztwo w sprawie początkowo prowadziła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Postawiła ona zarzuty dwóm kontrolerom lotów ze Smoleńska (dotychczas nie zdołano im ich przedstawić) oraz dwóm oficerom rozwiązanego po katastrofie 36. specjalnego pułku. W kwietniu 2016 r. śledztwo przejęła Prokuratura Krajowa z nowym zespołem śledczym. Wtedy informowano też, że do tego zespołu mają także zostać przekazane akta "będących w toku, zawieszonych i zakończonych postępowań", wyłączonych z głównego śledztwa lub z nim powiązanych.

 

- Donald Tusk był premierem, w związku z tym prokuratura bada jego rozmaite decyzje, zwłaszcza w kontekście śledztwa smoleńskiego - informował jesienią 2016 r. prokurator generalny Zbigniew Ziobro.

 

Działanie na szkodę RP


We wrześniu 2016 r. Prokuratura Krajowa podała, że przedmiotem jednego z wznowionych śledztw jest działanie z lat 2010-2011 na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej przez funkcjonariuszy publicznych, upoważnionych do występowania w jej imieniu w stosunkach z Rosją podczas badania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Za tzw. zdradę dyplomatyczną Kodeks karny przewiduje karę od roku do 10 lat więzienia. W 2011 r. - wobec "braku znamion czynu zabronionego" - Prokuratura Okręgowa w Warszawie odmówiła wszczęcia postępowania z doniesienia Stowarzyszenie Solidarni 2010. Uznało ono, że godząc się na konwencję chicagowską przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy smoleńskiej, ówczesny premier złamał prawo, gdyż doprowadziło to do rezygnacji przez Polskę z bezpośredniego dostępu do dowodów oraz wpływu na przebieg prowadzonego w Rosji postępowania.

 

Własne śledztwo prowadzi rosyjska prokuratura, która wiele razy podkreślała, że przed jego zakończeniem nie zwróci Polsce wraku Tu-154 i "czarnych skrzynek".

 

PAP