Sprawa rozpoczęła się kilka lat temu, kiedy miejscowy przedsiębiorca na terenie byłej mleczarni urządził nielegalne składowisko odpadów. W 2013 roku starostwo cofnęło mu pozwolenie na tę działalność. Firma nie pozbyła się jednak zgromadzonej chemii, pozostawiając nowemu właścicielowi rozsypujące się składowisko odpadów chemicznych.

 

Kto zapłaci?

 

Nowy właściciel działki, którą nabył na licytacji od komornika, nie chce inwestować w utylizację odpadów. Sprawę nagłośnił powiadamiając prokuraturę, starostwo, Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska i straż pożarną. To było pół roku temu, a sprawa dalej nie ruszyła z miejsca.

 

Starosta namysłowski Andrzej Michta zapewnił, że władze miasta są na etapie przymuszania byłego właściciela składowiska do usunięcia odpadów. Ten jednak twierdzi, że obecny przedsiębiorca kupił go z całym inwentarzem i to on powinien odpowiadać za odpady.

 

Katastrofa ekologiczna

 

Michta obawia się, że wywiezienie odpadów ostatecznie spadnie na starostwo. Najpierw jednak muszą zostać zakończone wszelkie procedury prowadzone z byłym właścicielem - Nie mogę po prostu publicznych pieniędzy wydawać na coś, jeśli nie jest ta procedura wyczerpana. Ilość tych substancji liczona jest co najmniej w setkach ton. Na pewno są to kwoty bardzo duże - powiedział Polsat News starosta namysłowski.

 

Czasu jest coraz mniej. Z przeciekających beczek chemia wsiąka w glebę, a stamtąd dostaje się wprost do płynącej nieopodal Widawy.

 

Polsat News, nto.pl