Piotr Witwicki: Wiemy, co zdarzyło się w Smoleńsku, bo jest raport komisji Millera.

 

- Teza, że wszystko zostało wyjaśnione, jest dla mnie bardzo wątpliwa. Z mojego punktu widzenia jest wiele otwartych kwestii, które wymagają dogłębnego wyjaśnienia. Zarówno w raporcie MAK, jak i Millera, jest wiele kwestii, które wymagają szczegółowych badań.

 

To które kwestie z raportu Millera wymagają badań?

 

- Te sprawy są powszechnienie znane i wynikają z prac zespołu parlamentarnego PiS, który nad tym pracował. Zespół współpracował z poważnymi naukowcami, którzy podnosili poważne wątpliwości, co do ustaleń obu komisji.

 

Ale jaka jest Pana podstawowa wątpliwość?

 

- Moja podstawowa wątpliwość dotyczy na przykład generała Błasika, która rzekomo był pod wpływem alkoholu i wywierał nacisk na załogę. Dotychczas również nie podjęto poważnych badań, czy na pokładzie były materiały wybuchowe.  Są różne stanowiska na ten temat. To są te otwarte kwestie, które muszą być wyjaśnione, a niestety, nie są.

 

Sprawa alkoholu… Wszystkie te kwestie zostały wyjaśnione w raporcie Millera i też mamy jasną wykładnię polskiej prokuratury, która mówi, że nie ma tu mowy o wybuchu.

 

- Mam swoje wątpliwości i otwarcie je ogłaszam. To, że polska prokuratura wydała wcześniej oświadczenie nie znaczy, że przestanę się zajmować sprawą. Zadaję tylko pytania, na które dotąd nikt nie odpowiedział. Kwestia katastrofy  smoleńskiej w mojej książce jest elementem całości. A w książce pokazuję, że rosyjskie raporty śledcze są z zasady niewiarygodne.

 

Skąd biorą się te Pana wątpliwości?

 

- Pojawiają się na podstawie badań naukowców, którzy współpracowali z komisją parlamentarną. Z drugiej strony także z rozmów, które przeprowadziłem z rodzinami ofiar. To są źródła moich wątpliwości.

 

Powołuje się Pan na raport niemieckich służb.

 

- Tak.

 

Proszę powiedzieć o nim coś więcej?

 

- Raport ten możemy traktować jako część puzzli, które można wpasować w tę układankę. Raport BND opiera się na dwóch źródłach. Oba mówią o zamachu. Raport został sporządzony przez pracownika i przekazany przełożonym. Jest to dokument wywiadowczy.

 

Ale BND odcina się i twierdzi, że jeśli Pan dotarł do tej notatki to jest ona na pewno sfałszowana.

 

- Pana tok myślenia jest fałszywy, ponieważ jeśli będę twierdził,  że czegoś nie ma, to jeszcze nie znaczy, że nie ma. Tak się dzieje w przypadku każdej służby wywiadowczej. Jeśli służby mówią, że czegoś nie ma, to jeszcze nie znaczy, że tak jest.

 

Czy ktoś poza Panem widział tę notatkę?

 

- Tak, wiele osób.

 

Kto? Nic o nich nie wiemy.

 

- Ja wiem, kto to jest, ale nie mogę powiedzieć.

 

Zamachu dokonał rosyjski generał, który dostał zlecenie od polityka na literę T. W jaki sposób?

 

- T. jest swego rodzaju symbolem. To mogło być: A, B, C czy D.

 

Nie można powiedzieć, że to jest taka dowolna litera. Chyba zdawał Pan sobie sprawę, że był polityk, którego nazwisko zaczyna się na tę literę.

 

- Ludzie tak sądzą, ale nie wiedzą, kto się kryje pod literką T. Przypuszczenie to nie jest właściwe.

 

Czyli Pan wie, kto się kryje pod tą literą?

 

- Tak wiem, kto się kryje. Tak, znam to nazwisko.

 

To czemu nie możemy go poznać?

 

- Z powodów prawnych. To jest dokument wywiadowczy. W żadnym sądzie nie zostanie uznany  jako dowód, a ja chcę jeszcze trochę pożyć.  

 

Jeśli nie jest wystarczającym dowodem na proces, to dlaczego stała się wystarczającym dowodem na książkę.

 

- To jest tylko część mojej publikacji. Szczegółowo opisuję sytuację w Rosji i politykę dezinformacji. Opisuję też swoje wrażenia na temat nowej sytuacji politycznej w Polsce.

 

Nie mam wątpliwości, że Rosja potrafi przeprowadzać akcje dezinformacyjne. Ale jak polski polityk miałby wydawać polecenia rosyjskiemu generałowi?

 

- To  nie jest moja rola żeby spekulować, co było w głowie polityka, który złożył albo nie  tego rodzaju zlecenie rosyjskim służbom. Ja przedstawiam tylko wewnętrzny dokument niemieckiej służby wywiadowczej, w którym czytamy, to, co później zostało opublikowane w książce. Nic więcej, nic mniej. Absolutnie nie twierdzę, że dokument ten przedstawia absolutną prawdę. Jest częścią układanki, która pojawia się w kontekście Smoleńska, dlatego warto brać to pod uwagę i zapoznać się z treścią.

 

Twierdzi Pan, że jedna ofiar miała ranę postrzałową głowy.

 

- Na podstawie badań, które przeprowadził badacz amerykański, którego nazwisko pada w książce.

 

Ale to ocena tylko na podstawie zdjęć.

 

- Oczywiście, że tak. Nie miałem innej możliwości. Nie można było dokonać obdukcji. Ten człowiek jest fachowcem, dlatego nie ma powodu, by nie przytaczać jego opinii.

 

Oczywiście, można przytaczać opinię, ale ja też rozmawiałem z fachowcami. Na podstawie zdjęcia trudno postawić tak daleko idącą tezę.

 

- Dochodzimy do punktu wyjścia i możemy powiedzieć, że są różne interpretacje. Można wierzyć jednej osobie albo drugiej.

 

Problem polega na tym, że stawia Pan bardzo mocne tezy, a gdy przechodzimy krok po kroku do tego, co Pan napisał, to zostawia nas z pytaniami.  

 

- Nie stawiam żadnych tez, tylko pytam.  Są to kwestie, które powinny być wyjaśnione.

 

Ale stwierdza Pan, że był zamach.

 

- Nie jest to moja teza. Jest to stwierdzenie, które zostało sformułowane w raporcie źródłowym BND. Nie utożsamiam się z tym stwierdzeniem, ale ten dokument istnieje.

 

Rozumiem, że Pan nie utożsamia się, bo dziennikarz nie utożsamia się z poglądami, które przedstawia, ale w jakiś sposób potwierdza Pan ich wiarygodność.

 

- I sprawdziłem wiarygodność. Mogłem sprawdzić tylko tyle, jak wiarygodne są te źródła. I stwierdziłem, że one istnieją. To nie są wymysły. Istnieją dwa źródła, ale nie mogę wykluczyć, że one celowo dezinformowały. Choć ja tak nie uważam.  

 

Czy mamy gwarancję, że sprawdził Pan te tezy czy pytania, które firmuje Pan swoim nazwiskiem.

 

- W tym dokumencie jest wszystko, a moją rolą nie jest dezinformowanie czytelnika. Przedstawiam dokument, który sam w sobie zawiera również wątpliwości.  

 

Polsat News