- Dzięki temu, że tysiące kobiet wyszło na ulice, to było to narzędzie, dzięki które można było PiS zatrzymać. W przeciwieństwie do 150 przegranych głosowań w Sejmie. Być w Sejmie to coś ważnego, ale równie ważna jest zdolność organizowania ludzi - podkreślił Adrian Zandberg.

 

- Realny front walki z PiS przebiega nie w Sejmie, tylko w małych i średnich miejscowościach. Tam opozycja musi przedstawić wiarygodną alternatywę - dodał.

 

- Stawiamy na to, czego znaczna część liberalnej opozycji nie rozumie. Żeby odsunąć PiS od władzy trzeba dotrzeć do dwóch grup ludzi.  Po pierwsze do tych, którzy stracili nadzieję co do polskiej polityki: przypomnę tylko połowa Polaków chodzi na wybory. Po drugie do tych, którzy zagłosowali na PiS, bo mieli dość zawłaszczania państwa przez PO. Dziś jednak jak widzą "Misiewiczów", to myślą, że to nie był dobrze oddany głos - wyjaśniał jeden z liderów partii Razem.

 

"Działamy od dołu"

 

- Przyszłość lewicy w Polsce będzie zależeć od tego, czy będzie w stanie przekonać do siebie szerokie grupy pracownicze i pokazać, że serio je reprezentuje - podkreślił Zandberg.

 

- Tego się nie robi na partyjnych nasiadówkach. Działamy od dołu. Tylko tak można zbudować partę, która nie jest medialnym mirażem. Realnie może wpływać ma rzeczywistość partia, która ma realne zakorzenienie społeczne - dodał. 

 

polsatnews.pl