Agencja Associated Press pisze, że "azylowe miasta" (sanctuary cities), których władze chcą rozwiać obawy imigrantów związane z deklarowanymi przez Trumpa działaniami, to m.in. Nowy Jork, Chicago i Seattle.

 

W kampanii Trump zapowiadał budowę "muru" na południowej granicy USA i deportację wszystkich 11 milionów nielegalnych imigrantów. Po wygraniu wyborów prezydenckich sugerował wycofanie się z tak ambitnego planu - uważanego za nierealny - ale oświadczył, że chce wkrótce deportować imigrantów, którzy popełnili przestępstwa, dodając, że jest ich "od 2 do 3 milionów".

 

Koniec "azylowych miast"

 

Trump mówił też podczas kampanii prezydenckiej, że skończy z "azylowymi miastami" i że "te, które odmówią współpracy z władzami federalnymi, nie otrzymają pieniędzy podatników". Nie ujawniał szczegółów.

 

AP zwraca uwagę, że nie ma prawnej definicji "azylowych miast"; generalnie używa się tego terminu wobec tych, które nie współpracują ze służbą imigracyjną. Niektóre miasta, takie jak San Francisco, już dawno ogłosiły się "bezpiecznymi przystaniami" dla nielegalnych imigrantów, wydając im lokalne dokumenty tożsamości umożliwiające dostęp do różnych usług. Terminu tego używa się też wobec miast, które zabraniają swym pracownikom, w tym policji, ustalania statusu imigracyjnego osób, ponieważ ofiary przestępstw i świadkowie mogą mieć opory przed rozmawianiem ze śledczymi, jeśli będą się obawiać deportacji.

 

Amerykańskie media informują również, że od dnia wyborów prezydenckich do administratorów znanych uczelni studenci kierują petycje, postulując ogłoszenie kampusów miejscami bezpiecznymi dla imigrantów bez zalegalizowanego pobytu w USA.

 

Pod petycjami podpisują się tysiące osób. Podkreśla się, że funkcjonariusze organów ścigania i służby imigracyjnej nie mogą wchodzić na teren kampusów bez zgody władz uczelni.

 

PAP