- Wszcząłem wewnętrzne postępowanie, które zakończyło się wczoraj po godz. 15. We własnych wnioskach nie znalazłem żadnego wytłumaczenia, dlaczego tak się stało i dlaczego przy kobiecie nie było lekarza i położnej, mimo że na oddziale było dwóch lekarzy dyżurnych i pięć położnych - powiedział dyrektor.

 

- Nie stwierdziłem faktu, że byli tak bardzo zajęci, że nie potrafili zająć się tą kobietą - powiedział.

 

Fitas dodał, że w związku z przeprowadzoną kontrolą wyciągnął konsekwencje. - Postanowiłem rozwiązać umowę o pracę z ordynatorem oddziału, siostrą oddziałową, lekarzami dyżurnymi oraz wszystkimi pielęgniarkami położnymi pracującymi na tej zmianie - poinformował dziennikarzy.

 

- Oddział znajduje się na dwóch piętrach, a położna, która wyszła poza oddział nie przekazała informacji i nie poprosiła innych położnych o zastąpienie jej. To był bezpośredni skutek tej tragedii - wyjaśnił Fitas.

 

"Będę się starał, by oddział funkcjonował należycie"

 

Dyrektor szpitala w Starachowicach zapewnił, że podejmie starania, by oddział ginekologiczno-położniczy, pomimo zwolnień personelu, funkcjonował należycie.

 

Placówka będzie poszukiwała nowych lekarzy. Jeszcze w poniedziałek opublikowane zostaną ogłoszenia o przyjęciu do pracy nowych lekarzy. Dodał, że będzie także prosił o pomoc dyrektorów ościennych szpitali, aby oddział w którym pracowali zwolnieni, nie musiał być zamknięty.

 

Dyrektor zapewnił, że pacjentki, które trafią do placówki mogą czuć się bezpiecznie.

 

Sprawa w prokuraturze

 

Badająca sprawę Prokuratura Rejonowa w Starachowicach planuje w poniedziałek przesłuchać pokrzywdzoną kobietę. W najbliższym czasie odbędzie się też sekcja zwłok dziecka; ma być przeprowadzona w Zakładzie Medycyny Sądowej w Krakowie.

 

Kontrolę w szpitalu przeprowadził już wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa. Trwa postępowanie wyjaśniające Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.

 

"To nie są skurcze porodowe"

 

1  listopada Izabela Zięba przestała czuć ruchy dziecka. Była w ósmym miesiącu ciąży. Pojechała do szpitala w Starachowicach, po badaniu lekarz stwierdził, że dziecko  nie żyje. Następnego dnia  kobieta poczuła silne bóle skurczowe, została zbadana przez lekarkę, która jednak uznała, że to nie są skurcze porodowe. Godzinę później kobiecie odeszły wody płodowe.  

 

Mimo wielokrotnych próśb męża,  do rodzącej przez 3 godziny nie przyszedł nikt z personelu. Nie przeniesiono jej na oddział porodowy. Kobieta urodziła martwą córeczkę na podłodze  między łóżkami. Dopiero po porodzie do sali przyszły położne.

 

- Chciałbym przeprosić pacjentkę, jej męża i rodzinę, że personel szpitala nie był w stanie kompetentnie udzielić jej pomocy medycznej - rozpoczął dyrektor. Przyznał, że szpital jest bardzo dobrze wyposażony w sprzęt medyczny, który "okazał się w tym momencie bezużyteczny".

 

Polsat News