Podający się za księdza Kościoła Starokatolickiego Marek N. został zatrzymany w środę. Mężczyzna usłyszał zarzuty znęcania się i narażania życia pacjentów. Rzekomy ksiądz zasłynął nielegalnym prowadzeniem ośrodków dla starszych i samotnych.

 

W połowie października o Marku N. zrobiło się głośno, gdy pięciu pensjonariuszy z jego  domu schronienia w Zgierzu zmarło po przewiezieniu do szpitala. W czasie ewakuacji na jaw wyszły panujące w ośrodku warunki.

 

"Nie miał kto po mnie przyjść"

 

- Leki dawali raz dziennie, w sobotę i w niedzielę wcale. Z myciem, toaletą to było nie najlepiej - powiedziała jedna z kobiet uratowanych ze schroniska Marka N.

 

- Jak mnie zostawili na górze, to nie miał kto po mnie przyjść, żebym mogła zrobić siku albo cokolwiek. Dopiero przychodzili z obiadokolacją, to prosiłam, żeby mnie ktoś podniósł - opowiadała była pensjonariuszka schroniska.

 

Marek N. od lat prowadził w różnych częściach kraju swoje ośrodki. Do jednego z nich - w Działach Czarnowskich pod Warszawą trafiła Ewa Jędrzejewska, kiedyś nauczycielka śpiewu. Kobieta była właścicielką kawalerki w centrum Gdyni. Na początku 2015 roku do jej drzwi zapukał Marek N. i obiecał pomóc.

 

Pokój za 2500 zł miesięcznie

 

- Dał 100 zł żebym coś do jedzenia miała, powiedział, że zawiozą mnie zapłacić rachunek za prąd. Przyjechała pani, mieliśmy zapłacić te rachunki, ale jak wsiedliśmy przed bramą, to zatrzymaliśmy się w Działach Czarnowskich w ośrodku. Mieszkałam w pokoju dwuosobowym z pracownikiem, z panią która przyjechała po mnie do Gdyni. Pokój kosztował miesięcznie 2500 zł - powiedziała nam Ewa Jędrzejewska.

 

Kobieta spędziła w ośrodku Marka N. kilka miesięcy. To wówczas, w niejasnych okolicznościach… sprzedała swoje mieszkanie. Dziś, po ucieczce z ośrodka, jest bezdomna. Czy chciała sprzedać swój lokal?

 

- Mi powiedziano, że muszę. Nie miałam prawnika do pomocy, miałam Marka N. i jego ludzi - powiedziała Jędrzejewska. Jej zdaniem, gdy sprzedawała mieszkanie, była pod wpływem silnych leków. - Dostawałam je w takich sytuacjach, jak podpisanie umowy przedwstępnej sprzedaży. W dniu wyjazdu, żeby sprzedać mieszkanie, czułam jakbym miała z krzesła spaść - dodała.

 

- Udało się ją sprowadzić z powrotem do Gdyni, bo to jest jej rodzinne miasto. Zamieszkała w jednym z mieszkań treningowych. Po jakimś czasie wyprowadziła się wynajmując mieszkanie - oświadczył Cezary Horewicz, rzecznik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni.

 

Uratowany w ostatniej chwili

 

Marek N. najczęściej wyszukiwał osoby starsze, chore i samotne. Takie jak pan Leszek, który dwa lata temu przebywał w bydgoskim szpitalu po wylewie. "Pasował" idealnie. Miał rentę i nie miał rodziny.

 

- N. chodził po szpitalu i namawiał wszystkich ludzi starszych, co nie mieli rodziny. On mi obiecywał złote góry, że pójdę do Konstancina, że będę miał dobrze - opowiadał pan Leszek.

 

Do mężczyzny lada dzień miał przyjechać Marek N. Tylko dzięki czujności swego przyjaciela nie trafił on do ośrodka.

 

- Początkowo się ucieszyłem, bo miał mieć rehabilitację. Na wszelki wypadek poprosiłem o wszelkie dane dotyczące tego księdza. Wrzuciłem je w internet  i wyskoczyły historie, które jeżyły włos na głowie, właśnie z wcześniejszych wyczynów pana N. - stwierdził

Grzegorz Dudziński, prezes fundacji Światłownia, przyjaciel pana Leszka.

 

Jak tłumaczył, "mechanizm działania tego oszusta był prosty: przychodził w koloratce, przedstawiał się jako ksiądz N. i ściągał osoby samotne, stare do ośrodka im. Jana Pawła II".

 

"Warowałem przy łóżku"

 

- Wiedziałem, kiedy ma przyjechać po Leszka i wtedy po prostu warowałem przy łóżku, jednocześnie będąc w kontakcie z mediami. Ten pan się dowiedział i nie przyjechał - dodał Dudziński.

 

Ale Marek N., jak się okazało, otwierał kolejne ośrodki. W tym między innymi ewakuowany dwa tygodnie temu ośrodek w Wolicy koło Kalisza. 

 

- Nikomu nie robimy krzywdy, nikogo nie zabijamy, nikogo nie tępimy, my działamy z własnych środków, które pozyskujemy w postaci darowizny, to my utrzymujemy te osoby – mówił wówczas Marek N.

 

- Dla mnie to był szok, że pozwolono mu na dalszą działalność. Byłem przekonany, że kiedy dwa lata temu ta sprawa została nagłośniona, w to weszła prokuratura i policja, to sprawa jest dawno zamknięta - powiedział Grzegorz Dudziński.

 

polsatnews.pl, Interwencja