Dziś mija 14. rocznica szturmu rosyjskich sił specjalnych na moskiewski teatr zajęty przez czeczeńskie komando trzy dni wcześniej. Terroryści uwięzili ponad 900 osób, widzów, pracowników i aktorów trwającego wówczas musicalu.

 

Zażądali natychmiastowego zakończenia wojny w Czeczenii i wycofania wszystkich rosyjskich wojsk z tej republiki. Postawili ultimatum: tydzień na spełnienie ich żądań lub zaczną zabijać zakładników.

 

Strzelali śpiącym w głowę

 

Pierwszej nocy zamachowcy wypuścili część osób: dzieci, kobietę w ciąży, muzułmanów. Kilkunastu pracowników obsługi teatru uciekło.

 

W trzeciej dobie rosyjskie siły specjalne podjęły szturm na teatr. Zanim Rosjanie weszli do budynku, do sali teatralnej wpuścili gaz usypiający. Nie wiadomo, jakiej substancji użyto. Środka nigdy wcześniej nie testowano i rosyjscy lekarze nie wiedzieli, jakie będzie miał skutki. Zabijano uśpionych bojowników, ale gazem śmiertelnie zatruli się zakładnicy.

 

Według rosyjskich władz zamachu dokonano na zlecenie prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa. Natomiast niezależni - rosyjscy i zachodni - dziennikarze uważają, że za atakiem stały służby rosyjskie.

 

Rodziny pytają, władza milczy

 

- Dziś rozdawano tutaj książkę o bohaterach, którzy uczestniczyli w szturmie. Czemu nie napisać książki o złoczyńcach, którzy zabili, otruli gazem 130 osób. Zbierałem świadectwa o mojej wnuczce. Dasza miała 12 lat, wyniesiono ją żywą z teatru. Trzy dni jej szukaliśmy po wszystkich kostnicach i szpitalach i nie mogliśmy znaleźć. Na ręce miała napisane "nie umrzemy nigdy" - opowiada Wiktor Połkownikow.

 

- Śledztwo trwa, ale wciąż nie zajęło się głównymi kwestiami - dlaczego zlikwidowano dokumenty sztabu operacyjnego, co to był za gaz, dlaczego go użyto, skoro miał barwę i zapach i mógł sprowokować terrorystów do wysadzenia teatru. To jest w materiałach śledztwa, ale wniosków nikt nie wyciąga - mówi Dmitrij Miłowidow, który w zamachu stracił córkę.

 

Polsat News