- Kiedy pracowała komisja Millera, ktora musiała zgromadzić materiał, pracowała 15 miesięcy i zakończyła całość pracy w trudnych warunkach - powiedział gość Joanny Wrześniewskiej-Sieger.

 

Jak zauważył, nawet dzisiaj, po ośmiu miesiącach, główne skrzypce grali nie eksperci nowej komisji, a szef MON Antoni Macierewicz. - Minister Macierewicz dzisiaj palcem wskazywał, kto może odpowiadać z tej komisji, a kto nie powinien. Najwięcej to on mówił, powtarzał te swoje historie - powiedział Mroczek.

 

Polityk bronił także ustaleń komisji Millera. Według niego - wbrew opinii Macierewicza - pierwotny raport nie przeczy słowom zarejestrowanym na słynnym już nagraniu rozmowy Tuska i Putina z 10 kwietnia 2010 roku.

 

- Usłyszeli (obaj politycy - przyp. red.) zupełnie wstępną ocenę zdarzeń. W moim przekonaniu ona się nie różniła. Później pracę rozpoczęły zespoły na podstawie faktów i dokumentów. Nie pozostaje to w sprzeczności z tym, co słyszymy - uznał.

 

Krytyka ekspertów komisji

 

Mroczek nie pozostawił także suchej nitki na ekspertach obecnej komisji. - Osoby, które nie mają żadnych kwalifikacji, mówią, że potrafią lepiej odczytać rejestrator, niż polscy specjaliści, którzy go wymyślili. To jest niepoważne - wyjaśnił.

 

Polityk odniósł się także do informacji o braku ciała gen. Błasika w kokpicie Tupolewa. - Nie mogli znaleźć go w kokpicie, gdyż samolot był rozbity. Usilnie próbowano dzisiaj podczas posiedzenia podkomisji wskazać nam na to, że nie było presji na załogę. To jest jedna z tez ministra Macierewicza. Ale przyznają, że kokpit nie był sterylny, że wchodziły tam osoby spoza załogi - mówił.

 

Polsat News