W ubiegłym tygodniu amerykański wywiad zaalarmował, że Rosja próbuje "ingerować w proces wyborczy w USA" poprzez ataki hakerskie na organizacje polityczne i konkretne osoby. Komunikat ten "słusznie zaniepokoił" kandydatkę Demokratów Hillary Clinton, która zauważyła, że "jeszcze nigdy w historii naszego kraju wróg, obca potęga, nie starał się tak usilnie wpłynąć na wynik wyborów".


Tymczasem Trump "po raz kolejny odegrał rolę obrońcy (rosyjskiego prezydenta) Władimira Putina, mówiąc, że Clinton nie wie na pewno, czy za atakami hakerskimi stoją Rosjanie" - pisze "Washington Post" we wtorkowym artykule redakcyjnym.


"Trump broni Putina"


Gazeta dodaje, że "eksperci spierają się, czy reżim Putina próbuje wpłynąć na wybory na korzyść Trumpa, jak sugerowała Clinton, czy tylko chce siać zamęt i doprowadzić do kwestionowania uczciwości wyborów w USA".


"(Trump) przez całą swoją kampanię wyborczą bronił Putina i jego zbrodni. Ignorował fakt, że giną dziennikarze i inni przeciwnicy rosyjskiego przywódcy, oraz twierdził, że Rosja nie dopuściła się inwazji na Ukrainę. Wielokrotnie nazwał Putina przywódcą lepszym od Baracka Obamy" - przypomina waszyngtoński dziennik.


"Byłoby świetnie, gdybyśmy dogadywali się z Rosją"


"W niedzielnej debacie (z Clinton Trump) wygłosił serię kłamstw o rosyjskiej interwencji w Syrii, utrzymując, że była wymierzona w Państwo Islamskie, choć większość rosyjskich pocisków spadła na rebeliantów walczących z syryjskim reżimem lub cywilów. Nie zgodził się z też deklaracją swego kandydata na wiceprezydenta, Mike'a Pence'a, że »prowokacje ze strony Rosji spotkają się z silną reakcją USA« (...). Zamiast tego powiedział: »Byłoby świetnie, gdybyśmy dogadywali się z Rosją, bo moglibyśmy wspólnie walczyć z Państwem Islamskim«".


"Pytanie brzmi: czy Trump proponuje współpracę z reżimem, który ma obsesję na punkcie stłamszenia i osłabienia potęgi USA, przez własną ignorancję i naiwność, czy ze względu na osobiste i biznesowe interesy, których nie ujawnił? Odpowiedź na to pytanie z pewnością zna Putin, ale amerykańscy wyborcy - nie" - zaznacza "WP".


Clinton jako "mądra, zrównoważona weteranka polityki"


W odrębnym komentarzu redakcji "Washington Post" odnosi się do ujawnionych przez WikiLeaks stenogramów, stanowiących rzekomo zapis płatnych wystąpień Clinton w korporacjach w latach 2013-2015. "Mamy nadzieję, że te upublicznione fragmenty są autentyczne, bo (...) Clinton jawi się w nich jako mądra, zrównoważona weteranka polityki z dobrym wyczuciem politycznym i dojrzałymi poglądami na zachowanie przyzwoitej, stabilnej demokracji" - pisze redakcja gazety.


"WP" przyznaje, że Demokratka słusznie krytykowana jest za to, że sama nie opublikowała dotąd stenogramów ze swoich wystąpień i za to, że ubiegała się o takie płatne wystąpienia "bez opamiętania". Podkreśla też, że zapisy wystąpień pokazują, iż jej brak poparcia dla transpacyficznego porozumienia handlowego (TTP) był zwykłym manewrem na potrzeby kampanii wyborczej.


"W polityce niczego się nie załatwi bez prowadzonych rozmów poza widokiem publicznym"


Gazeta potępia jednak jako mylne i niesłusznie nagłośnione poparcie Clinton dla "wspólnego rynku obejmującego całą półkulę" za pomocą "wolnego handlu i otwartych granic". "Wolny handel w regionie już jest mocno rozwinięty dzięki porozumieniom z Kanadą, Meksykiem i 10 innymi krajami Ameryki Łacińskiej" - zauważa.


Podkreśla, że Demokratka nie obiecywała "typom z Wall Street" uprzywilejowanego traktowania, i broni wygłoszonego przez nią zdania, że politycy muszą czasem publicznie wyrażać jedno stanowisko, a prywatnie - inne. "To niezgrabne sformułowanie wyraża oczywistą prawdę: w polityce niczego się nie załatwi bez szczerych i prowadzonych poza widokiem publicznym rozmów" - podkreśla "Washington Post".

 

PAP