Islamiści już wcześniej dokonywali ataków w mieście Mandera, które leży na granicy z Somalią.

 

Gubernator hrabstwa Mandera Ali Roba poinformował, że do najnowszego zamachu doszło w nocy ze środy na czwartek na osiedlu na obrzeżach Mandery i że zginęło sześć osób. - Gdyby nie szybka reakcja naszych sił bezpieczeństwa, mówilibyśmy teraz o znacznie wyższej liczbie ofiar - powiedział Roba.

 

Gubernator zapewnił, że pozostali mieszkańcy osiedla są cali i zdrowi. Mieszkają tam pracownicy sektora budowlanego.

 

Osiedle jest otoczone wysokim murem i ochraniane przez strażników. Według władz napastnicy zdetonowali silne materiały wybuchowe przy bramie do osiedla, a następnie otworzyli ogień. Po ataku silnie uzbrojeni terroryści uciekli z miejsca zdarzenia.

 

"To my stoimy za atakiem w Manderze"

 

Do zamachu przyznała się organizacja Al-Szabab. - To my stoimy za atakiem w Manderze, w którym zabiliśmy sześciu chrześcijan - oświadczył rzecznik dżihadystów, dodając, że za pomocą przydrożnej bomby zaatakowany został także pojazd policji.

 

Mimo podejmowanych od dawna wysiłków władzom Kenii nie udaje się powstrzymać napływu islamistycznych bojowników Al-Szabab przez nieszczelną 700-kilometrową granicę z Somalią. W ciągu trzech lat dżihadyści z tej somalijskiej partyzantki zabili w Kenii ok. 500 osób, uderzając tym samym w turystykę, która jest kluczowa dla gospodarki kraju.

 

Do większości zamachów dochodzi na północnym wschodzie, przy nieszczelnej granicy, ale Al-Szabab atakuje także popularne wśród turystów tereny na wybrzeżu oraz stolicę, Nairobi. Do najgłośniejszego i jednego z najkrwawszych ataków doszło tam we wrześniu 2013 roku, gdy w centrum handlowym Westgate zginęło ponad 70 osób. W kwietniu 2015 roku islamiści zabili prawie 150 osób na uniwersytecie w Garissie, na wschodzie Kenii.

 

Ataki są odwetem za obecność kenijskich wojsk w Somalii. Kenia wysłała swoją armię do Somalii w 2011 roku, żeby wesprzeć interweniujące tam już wcześniej wojska Unii Afrykańskiej i Etiopii w wojnie z dżihadystami.

 

PAP