Biało-czerwoni mocnym akcentem zakończyli kwalifikacje. Niespodziewana wpadka w środę Toruniu, kiedy przegrali z Białorusią 57:76, sprawiła, że przed ostatnim meczem sprawa awansu nie była przesądzona i trzeba było liczyć różne warianty wyników. W hali uniwersytetu w Tartu podopieczni trenera Mike’a Taylora i on sam udowodnili, że naprawdę był to tylko wypadek przy dobrze wykonywanej pracy. Amerykański szkoleniowiec w wyjściowej piątce zespołu dokonał w sobotę jednej zmiany w porównaniu z poprzednimi meczami: Aleksander Czyż zastąpił w niej Adama Hrycaniuka i okazało się to strzałem w dziesiątkę.


Urodzony w Gdyni koszykarz przebywał na parkiecie całą pierwszą kwartę i był najlepszym graczem zespołu w tym okresie. Jak zwykle aktywny na każdym metrze parkietu, zaskoczył rywali, ale chyba i polskich kibiców, dwoma celnymi rzutami za trzy punkty. W sumie w 10 minut zdobył osiem punktów, miał dwie zbiórki, asystę i przechwyt.


Polacy zdecydowanie lepsi


Biało-czerwoni od początku kontrolowali sytuację na boisku. Szybkim powrotem pod własny kosz oraz aktywną obroną z przekazywaniem wytrącili Estończykom ich atuty - rzuty z dystansu i szybki atak, a sami pobili podopiecznych trenera Tiita Sokka ich bronią - właśnie celnymi trójkami i kombinacyjną grą.


Po minutach z Czyżem w roli głównej dobrą grę pokazywali następnie kolejni polscy gracze - trafiający za trzy Przemysław Zamojski, wszechstronny Mateusz Ponitka, popisującym się skutecznymi akcjami w drugiej kwarcie A.J. Slaughter (wszystkie 12 pkt zdobył do przerwy, miał także 6 asyst, najwięcej w zespole). Po jego akcji tuż przed zejściem do szatni w połowie meczu Polacy uzyskali 19-punktowe prowadzenie (46:27).


Nie było złudzeń, kto jest lepszy. W pierwszej połowie biało-czerwoni trafili 7 z 14 rzutów za trzy punkty, podczas gdy rywale tylko 1 z 10.


Pierwsze miejsce w grupie


Po zmianie stron Polacy jeszcze powiększyli przewagę, a każdy dokładał swoją cegiełkę do sukcesu. W 27. minucie po wsadzie Ponitki, najlepszego w tym meczu strzelca (16 pkt, 7 zb.) było już 61:31, a w połowie czwartej kwarty, po serii trzypunktowych rzutów kapitana zespołu Adama Waczyńskiego i Zamojskiego (5/6 z dystansu) nawet 88:54. Tablica wyników wskazywała różnicę 34 punktów także w 38. min, po rzucie najlepiej zbierającego spotkania Tomasza Gielo (10 zb.).


W końcówce trener Taylor wprowadził na boisko Szymona Szewczyka, Michała Sokołowskiego i Roberta Skibniewskiego, rzadko grających w tych eliminacjach.


W całym meczu Polacy trafiali z 54-procentową celnością z gry (12/26 za trzy pkt), podczas gdy rywale mieli 41 procent skuteczności rzutów z gry (6/23 z dystansu).


Reprezentacja Polski trzeci raz z rzędu wywalczyła awans z kwalifikacji z pierwszego miejsca w grupie. Eurobasket 2017 będzie jej szóstym kolejnym turniejem finałowym. Poprzednio grała w Hiszpanii (2007), jako gospodarz w 2009 roku, na Litwie (2011), Słowenii (2013) oraz we Francji (2015).

 

PAP