Na koncert w Candlestick Park, stadionie drużyny baseballowej San Francisco Giants, przyszło 25 tysięcy fanów Johna Lennona, Paula McCartneya, George'a Harrisona i Ringo Starra. Jeszcze o tym nie wiedzieli, ale mieli stać się świadkami historycznego wydarzenia - ostatniego oficjalnego koncertu The Beatles, najpopularniejszego zespołu na świecie. Trybuny świeciły jednak pustkami - 25 tysięcy na 43-tysięcznym obiekcie. Organizator był stratny.


Zanim liverpoolczycy pojawili się na scenie, zniecierpliwioną publiczność usiłowali zabawić The Remains, Bobby Hebb, The Cyrkle i The Ronettes. Beatlesi się nie spieszyli. - W garderobie panował zupełny chaos. Cały czas przychodzili jacyś ludzie. Dziennikarze starali się wyprosić bilety dla swoich dzieci, była też Joan Baez - wspominał Gene Nelson, zapowiadający kolejne występy podczas koncertu. -Był tam każdy celebryta w mieście. Robili sobie imprezę. Świetnie się bawili, gdy ja marzłem, stojąc z boku sceny! – dodał.


Sierpniowy wieczór w Candlestick Park okazał się zimny, wietrzny i mglisty. W końcu, po ponad półtorej godziny oczekiwania, o 21.27 zaczęła się właściwa część wieczoru.


Zmęczeni sławą


Występ trwał ok. 40 minut. Beatlesi grali 11 piosenek. Podczas ostatniej trasy koncertowej "fantastycznej czwórki" z Liverpoolu, koncert zaczynał się zazwyczaj od "Rock and Roll Music" Chucka Berry'ego, kończył na "Long Tall Sally" Little Richarda.


Pomiędzy dwoma tanecznymi, rock and rollowymi piosenkami The Beatles wykonywali m.in. "Yesterday" w wersji na cały zespół, nie jedynie solowy popis McCartneya, a także "If I Needed Someone" - jedyną kompozycję George'a Harrisona, jaką grupa wykonywała przed widownią. Podczas trasy nie wykonano ani jednego utworu z albumu "Revolver", który ukazał się chwilę przed zainaugurowaniem trasy dwoma koncertami w Chicago 12 sierpnia. Zaplanowano 19 występów, 17 w Stanach, 2 w Kanadzie.


Najsłynniejszy zespół na świecie był już zmęczony sławą. Jak wspominali muzycy, w szczytowym okresie "beatlemanii" nie tylko nie było mowy o tym, żeby któryś z nich  mógł cieszyć się jakąkolwiek anonimowością w miejscach publicznych. Coraz częściej muzycy nie mieli szans porozmawiać między sobą. By zamienić kilka słów Lennon, McCartney, Harrison i Starr musieli ukrywać się przed dziennikarzami, fotografami i menedżerami w hotelowych toaletach.


"Jesteśmy bardziej popularni od Jezusa"


Na domiar złego, w marcu 1966 r. Lennon udzielił Maureen Cleave z "London Evening Standard" wywiadu, w trakcie którego przyznał, że "chrześcijaństwo odejdzie. Mam rację i moja racja zostanie dowiedziona. W tej chwili jesteśmy bardziej popularni od Jezusa. Nie wiem, co odejdzie pierwsze - chrześcijaństwo czy rock and roll". Jego słowa wywołały burzę: fani palili na stosach płyty The Beatles i wszelkie gadżety, związane z zespołem. Muzycy otrzymywali listy z pogróżkami, a Ku Klux Klan zapowiedział atak podczas koncertu w Memphis.


Występ przerwano, a muzyków ściągnięto ze sceny, gdy wybuch sztucznych ogni wzięto za odgłos strzału z pistoletu. - Gdy usłyszeliśmy wybuch, wszyscy od razu spojrzeli na Lennona - mówił rzecznik prasowy Tony Barrow. Menedżer grupy Brian Epstein rozważał odwołanie całej trasy.


Koncerty "do oglądania", nie słuchania


Na tym etapie koncerty Beatlesów już dawno przestały być wydarzeniami muzycznymi. Fani schodzili się, by swoich idoli oglądać, nie słuchać jak śpiewają. Pisk i krzyk fanek był przytłaczający - muzycy narzekali, że sami nie słyszą, co grają i tylko poruszają ustami, jakby śpiewali "z taśmy". Zrozumieli, że są traktowani nie jako artyści, a popkulturowe ikony; sztuka nie miała nic do powiedzenia.


Wszystko to przyspieszyło decyzję, że w San Francisco The Beatles zagrają swój ostatni oficjalny koncert. Beatlesi byli wolni od życia w nieustającej podróży - od 1960 do 1966 r. dali około 1400 koncertów - mogli poświęcić się pracy w studiu, eksperymentowaniu z muzyką i technikami nagrywania.


"A więc to tyle. Nie jestem już Beatlesem"


Wychodząc na scenę McCartney poprosił rzecznika prasowego grupy, by nagrał występ na swoim dyktafonie. - Może byś to nagrał? - spytał, niby nigdy nic. Barrow spędził koncert stojąc na środku stadionu z mikrofonem, uniesionym wysoko ku niebu. Nie nagrał całości. Kaseta skończyła się w połowie "Long Tall Sally", Barrow zapomniał obrócić ją na drugą stronę.


Gdy wybrzmiały ostatnie akordy ostatniej piosenki wieczoru, McCartney i Lennon, uzbrojeni w aparaty fotograficzne, robili pożegnalne zdjęcia swojej publiczności. - Przed jednym z ostatnich numerów postawiliśmy aparat na wzmacniaczu. Ringo wygrzebał się zza perkusji i stojąc plecami do widowni, pozowaliśmy do fotografii. Wiedzieliśmy, że to ostatni koncert - przyznawał Harrison, który miał rzucić jeszcze w trakcie lotu: "A więc to tyle. Nie jestem już Beatlesem", choć był nim przez kolejne trzy lata, a zespół nagrał jeszcze sześć albumów.


Koncert na dachu


Naprawdę po raz ostatni zagrali publicznie 30 stycznia 1969 r. Wdrapali się wówczas na dach budynku przy Savile Row w Londynie. - Mówiliśmy o zagraniu prawdziwego ostatniego koncertu. Były różne pomysły - mieliśmy grać w antycznym teatrze, na Saharze. Ale musielibyśmy ciągnąć za sobą cały sprzęt. Więc zdecydowaliśmy: zagrajmy na dachu! - wspomina Starr w filmie "Beatles Anthology". Koncert przerwała interwencja policji, która rozkazała "fantastycznej czwórce" złazić na ziemię.


Ostatnim akcentem "koncertu na dachu" były słowa Lennona, mówiącego do mikrofonu: "chciałbym podziękować w imieniu swoim i całego zespołu, mam nadzieję, że dobrze wypadliśmy na przesłuchaniu". W 2008 r. Watykan oficjalnie wybaczył Lennonowi słowa o Jezusie z 1966 r., traktując wypowiedź muzyka jako "wyraz zwykłej zarozumiałości ze strony młodzieńca z brytyjskiej klasy robotniczej, który musiał zmierzyć się z nieoczekiwanym sukcesem".

 

PAP