Papież mówił o nim w środę podczas spotkania pod oknem na Franciszkańskiej. Maciej był obecny na ŚDM także w czwartek, gdy Franciszek jechał na Błonia tramwajem - było w nim dla niego symboliczne miejsce - tabliczka z jego nazwiskiem na jednym z boków pojazdu - poinformowało krakowskie MPK.

 

Maciej pracował przy oprawie graficznej Światowych Dni Młodzieży. Zmarł 2 lipca na nowotwór kości.

 

Monika Rybczyńska, bliska współpracowniczka Maćka, koordynatorka sekcji grafiki powiedziała, że Maciek był osobą bardzo skromną, ale z ogromnym poczuciem humoru. "I miał takie zdrowe podejście do pracy. My się w niej zatracaliśmy, a on miał zawsze zdrowy dystans i wychodził o tej godzinie, o której powinien, bo szanował swoją rodzinę, przyjaciół i czas wolny" - powiedziała.

 

Wspominała, że w listopadzie ubiegłego roku, gdy odbywało się międzynarodowe spotkanie o ŚDM, Maciek zamiast niej prezentował projekty przygotowywane na ŚDM. Poruszał się już wówczas o kulach i nimi wskazywał na telebim. "Od tej pory wszyscy mówili na niego doktor House" - powiedziała Rybczyńska.

 

"Cały świat się za niego modlił"

 

"Dzięki temu wystąpieniu o kulach wszyscy go zapamiętali i cały świat się za niego modlił. Takie zrządzenie losu" - dodała.

 

Według niej Maciek jest "pierwszym pielgrzymem ŚDM po tamtej stronie, do której wszyscy zmierzamy".

 

"Jego wkład w ŚDM jest przeogromny, choć byliśmy zdziwieni, że Franciszek mówił o nim już pierwszego dnia, podczas pierwszego spotkania przy oknie na Franciszkańskiej. To było dla nas, wolontariuszy zaskoczenie. Sądziłam, że papież wspomni o Maćku w niedzielę, na zakończenie ŚDM, bo wtedy na mszy będą jego rodzice, brat i przyjaciele. A tutaj, nagle ofiarował mu całe wystąpienie przy oknie. To było niesamowite, ale taki jest Franciszek" - powiedziała.

 

"Walczył z niesamowitym bólem"

 

W ostatnich miesiącach do Maćka przychodził ks. Roman Sikon. "Walczył z niesamowitym bólem, który nieraz zwalał go na kolana, ale z drugiej strony cały czas powstawał, trwał w wierze. Był wojownikiem" - powiedział.

 

"Maciek wychowywał się w pięknej katolickiej rodzinie w Katowicach. Potem pewnie przeżywał, jak każdy z nas, wzloty i upadki" - powiedział. "Prowadziliśmy rozmowy o chorobie i o nadchodzącej śmierci. Myśmy mieli nadzieję, modliliśmy się o cud, ale patrząc realistycznie, po ludzku... i on się z tym liczył, był tego świadomy, że umrze. Rozmawialiśmy twardo na te tematy, jak mężczyźni" - powiedział ks. Sikon.

 

Jak relacjonował, choroba przyszła nagle. "Bolało go kolano, myśleliśmy, że to jakaś stara sportowa kontuzja. Diagnozę poznaliśmy jakoś w czasie prezentacji ambasadorów ŚDM. Było to wtedy bardzo trudne dla niego. Najbardziej przeżywał te pierwsze dni. Później walczył, a my mieliśmy nadzieję, że przy dzisiejszej medycynie ta choroba, rak kości, jest do pokonania. Ten nowotwór miał przerzuty na płuca i to było dla niego najbardziej bolesne" - mówił rozmówca.

 

"Do zobaczenia w niebie"

 

Dodał, że ostatni raz widział go w szpitalu; przyszedł do niego z komunia świętą. "I wtedy pożegnaliśmy się słowami: +do zobaczenia w niebie+". W środę właśnie w takich słowach m.in mówił o nim papież Franciszek: "Wiara tego chłopaka, tego naszego przyjaciela, który tyle pracował dla tych Światowych Dni Młodzieży, zaprowadziła go do Jezusa i teraz jest w niebie i patrzy na was. Wielkie brawa dla niego" - mówił.

 

Ks. Sikon mówił, że wspomnienie Maćka podczas pierwszego papieskiego spotkania przy oknie było dla wszystkich zaskoczeniem. "Ale dla mnie to było wspaniałe, że już od tych pierwszych słów widzimy, że ta wizyta będzie nietuzinkowa. Papież ukazał nam prawdę chrześcijańską. Mógł wyjść i pożartować, co też byłoby dobrze odebrane, ale on sięgnął głębiej, do tej prawdziwej radości, że dla każdego chrześcijanina śmierci nie ma, jest tylko to bolesne przejście, to rozstanie chwilowe. Franciszek chciał od razu rozpocząć, korzystając ze świadectwa życia Maćka i jego trwania przy Chrystusie, cierpienia, chciał od razu sięgnąć do tej radości prawdziwej, chrześcijańskiej" - powiedział.

  

PAP