Kilka dni temu Ludwik Bogdanowicz, radny gminy Wołczyn na Opolszczyźnie zaatakował ekipę "Interwencji", która chciała go spytać o wyroki za brawurową jazdę samochodem oraz kary za wylewanie ze swojego beczkowozu szamba na pola i do rowów.

 

Kiedy reporter Telewizji Polsat wszedł na posesję radnego, ten po krótkiej wymianie zdań rzucił się ze szczotką na kiju na dziennikarza i operatora kamery. Ten drugi otrzymał cios, gdy przewrócił się i leżał bezbronny na ziemi.

 

W połowie lipca w związku z wykonywaną przez siebie pracą ucierpiała także dziennikarka Telewizji Polskiej. Gdy dziennikarze białostockiego oddziału TVP wraz z reporterami Radia 5 przyjechali do wsi Żywa Woda na Podlasiu, by odpowiadając na prośby mieszkańców zająć się tematem kontrowersji wokół chlewni, którą na swojej działce planuje zbudować jeden z mieszkańców wioski, inwestor najpierw rzucił się na operatora kamery, po czym uderzył w twarz dziennikarkę.

 

Właśnie w związku z tymi dwoma wydarzeniami, Press Club Polska postanowił wznowić walkę o zmiany w prawie.

 

- Chcemy, by dziennikarze podczas wykonywania obowiązków służbowych byli traktowani jak funkcjonariusze publiczni, podobnie jak osoba udzielająca pierwszej pomocy medycznej po wypadku. Działają bowiem w ważnym interesie społecznym - powiedział polsatnews.pl Jarosław Włodarczyk z Press Club Polska.

 

Bez powodzenia

 

Jak wyjaśnił, Press Club już w 2011 roku, wówczas Bronisławowi Komorowskiemu, złożył projekt zmian w ustawie Prawo prasowe z prośbą o przedłożenie go Sejmowi. Chodziło o reakcję na wydarzenia z odbywającego się w Warszawie Marszu Niepodległości, w czasie którego doszło do zamieszek i m.in. spłonął wóz transmisyjny jednej ze stacji telewizyjnych.

 

- Z odpowiedzi dowiedzieliśmy się, że w inny sposób będzie rozwiązana kwestia bezpieczeństwa dziennikarzy na imprezach masowych. Uznano, że dziennikarz nie powinien być podnoszony do rangi funkcjonariusza - dodał Włodarczyk.

 

Także wtedy część środowiska dziennikarskiego przeciwna zmianom w prawie podkreślała, że "dziennikarze nie chcą być funkcjonariuszami".

 

- Tyle, że nie chodzi o robienie funkcjonariuszy z dziennikarzy, a danie im, operatorom kamer, a także całym ekipom realizującym materiały, ochrony, takiej samej jaką mają funkcjonariusze publiczni - uściśla przedstawiciel Press Clubu.

 

Prof. Kruszyński popiera pomysł

 

Zmiana, o jaką zabiega Press Club polegałaby na tym, by atak na dziennikarza nie był ścigany z oskarżenia prywatnego, a z urzędu. W związku i podczas wykonywania obowiązków służbowych.

 

"Jeżeli sprawca naruszy nietykalność cielesną dziennikarza lub osób przez niego przybranych do pomocy, podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych będzie odpowiadał na podstawie art. 222 §1 k.k., który przewiduje za to przestępstwo karę grzywny, karę ograniczenia wolności albo karę pozbawienia wolności do lat 3. Odpowiedzialność ta będzie więc surowsza niż wynika z obowiązującego porządku prawnego, w ramach którego zachowanie takie byłoby traktowane jako tzw. zwykłe naruszenie nietykalności cielesnej, zagrożone na podstawie art. 217 §1 k.k. grzywną, karą ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku" - brzmi uzasadnienie projektu zmian w prawie prasowym.

 

Orędownikiem takiego rozwiązania jest m.in. prof. Piotr Kruszyński. - Popieram wprowadzenie zmian, oczywiście wyłącznie w związku z wykonywaniem czynności służbowych przez ludzi mediów - powiedział polsatnews.pl.

 

PSL też wszczyna procedurę

 

W związku z napaścią na ekipę "Interwencji" także PSL, czyli partia, z ramienia której startował radny Bogdanowicz, zapowiedziała wszczęcie procedury dyscyplinarnej.

 

 

polsatnews.pl