Jak mówiła dziś Polsat News Kołakowska, jej córka Maria stała na przystanku i rozmawiała z ojcem. W tym czasie marsz LGBT, jak twierdzi radna, oddalony był o pół kilometra od tego miejsca.

 

"Jakby było na nią zlecenie"

 

– Nie było żadnego zagrożenia z naszej strony. Nie wznosiliśmy okrzyków, to widać na filmach - powiedziała radna PiS, która brała udział w demonstracjach.


- Marysia została wyciągnięta jakby było na nią zlecenie - stwierdziła. Córka radnej została zwolniona do domu po około czterech godzinach.

 

"Można sprawdzić zasadność zatrzymania"

 

- Wszystkie zatrzymania są dokumentowane i jak najbardziej jest możliwość sprawdzenia ich zasadności - powiedział Polsat News Maciej Stęplewski z komendy głównej policji w Gdańsku.

 

Radna Kołakowska twierdzi, że narodowcy mieli prawo zablokować Marsz Równości, ponieważ "był on nielegalny". - My jako pierwsi złożyliśmy zgłoszenie o zgromadzeniu w tym miejscu i przemarsz. Ich zgłoszenie nie powinno zostać przyjęte ponieważ nie może być kilku zgromadzeń w jednym miejscu - tłumaczyła. Stwierdziła, że w tłumie "byli policyjni prowokatorzy".

 

Będzie kontrola działań policji w Gdańsku

 

Szef MSWiA Mariusz Błaszczak polecił w niedzielę polecił Komendzie Głównej Policji wyjaśnienie przebiegu interwencji policji w Gdańsku.

 

 

"W przypadku złamania procedur wobec interweniujących funkcjonariuszy zostaną wyciągnięte konsekwencje" - poinformował resort na Twitterze.

 

 

- Nasze działania są jak najbardziej transparentne. (…) Policja miała zapewnić bezpieczeństwo wszystkim i tak się stało. Nikt z demonstrantów ani z osób które były w rejonie nie doznał żadnych obrażeń - powiedział Maciej Stęplewski.


- Nie może być takiej sytuacji że ktoś rzuca się na policjanta, szarpie za jego tarcze, kopie. Do takich rzeczy dochodziło - dodał. Nie wykluczył kolejnych zatrzymań.

 

Polsat News